Kim Ki Duk

Kim Ki Duk

10 maja 2020 Uncategorized 0
kim ki duk pusty dom 3 iron 2004

Ki Duk Kim nie ma wykształcenia filmowego. Ponoć miał być nawet księdzem, zanim wygrał konkurs scenariuszowy, a jego debiut fabularny zebrał pozytywne recenzje. W jego produkcjach możemy znaleźć dwie charakterystyczne rzeczy: brutalność oraz milczących bohaterów. Oba te elementy rozwijały się u niego z produkcji na produkcję. W tym miejscu przyglądam się jego filmom oraz staram się go zrozumieć.

Na początku Address Unknown (2001) pojawia się napis informujący o tym, że żadne zwierzę nie ucierpiało w trakcie kręcenia. Z tego typu ogłoszeniami jest tak, że wszyscy i tak potem będą zaskoczeni – zarówno ci, co jeszcze nie oglądali nic od Koreańczyka, jak i ci, co już go poznali i wiedzą, na co go stać. Ja byłem z tej drugiej grupy – i byłem naprawdę zaskoczony widokiem podwiązywania psów za linę i bicia ich na śmierć kijem. Bicie było poza kadrem, podwieszanie w sumie też, ale efekt osiągnięto. Sam slogan musiał być raczej konieczny po tym, jak rok wcześniej Kim Ki Duk w Wyspie pokazał obrywanie żaby ze skóry. Z rybami też robił makabryczne rzeczy. I tam faktycznie je robił.

Ki Duk Kim używa dialogów. Są one mu potrzebne, aby popychać fabułę do przodu i przedstawiać świat (to dzięki wypowiedziom pobocznych postaci dowiadujemy się, że bohaterka np. od 6 roku życia mieszka na morzu). Problem mam z tym, że osoby mówiące często są antagonistami w jego produkcjach. Od zwykłych nieprzyjemnych ludzi, od których trzeba się oddalić, po przestępców chcących zgwałcić naszą główną bohaterkę. I osoby milczące często otacza aura niemal magiczna, wskazująca na osoby wyższe lub doskonalsze na wiele sposobów, tak osoby żywo gadające są jednowymiarowe i po prostu… głupie.

Ten człowiek jest artystą, który poszukuje w sztuce świata, jaki mógłby pokochać. A przynajmniej często mam takie wrażenie. Nie lubi słów, a raczej chyba ich nadmiaru, stąd jego potrzeba przedstawienia milczących ludzi i udowodnienia, że mogą oni być np. zakochani bez mówienia sobie czegokolwiek. Jest artystą, który stara się eksperymentować i poszukiwać, może nawet rozwijać jako twórca. Szuka sposobu, aby opowiedzieć o swoich doświadczeniach lub osób, które były mu bliskie. Czasami wydaje się, że jakiś tytuł jest tylko eksperymentem właśnie. Ma on własną filozofię i wplata ją do swoich obrazów, uważając choćby brutalność za część życia, cierpienie jako metodę do oczyszczenia, mięsożerstwo jako powszechność i akceptację, że za zjedzeniem czegoś takiego jest najpierw pozbawienie go życia.

Jest jednym z tych osób, które chce szokować swoimi obrazami, wyprowadzić odbiorcę ze strefy komfortu. Paradoksalnie, chyba dzięki temu sam czuje się komfortowo. Dostarcza pięknych historii o odkupieniu, które faktycznie kończą się katharsis. Dostarcza pięknych opowieści o miłości, gdzie jest pełno czułości. I może czasami ktoś komuś odgryzie penisa. Ki Duk Kim dodał od siebie wiele do tego, czym jest współczesne kino – i raczej nigdy nie zapomnimy jego osoby. Oglądanie jego najlepszych obrazów jest niemal doświadczeniem duchowym i za to ma wdzięczność kinomanów – nawet tych nieprzepadających za symboliką i dziwnymi eksperymentami. Raczej każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Ki-duk Kim

Obecnie Ki Duk Kim znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #84

Top

1. Wiosna, lato, jesień, zima… i wiosna
2. Pieta
3. Łuk
4. Pusty dom
5. Arirang
6. Adress Unknow
7. Oddech
8. Wyspa
9. Bad Guy
10.Moebius
11.Jeden na jednego
12.Time

Ważne daty:

1960 – Ki Duk Kim przychodzi na świat w Korei Południowej.

1990 – Kim studiuje w Paryżu malarstwo. Później wróci do Korei, gdzie będzie pisać scenariusze filmowe.

1995 – pierwsze miejsce w konkursie scenopisarskim

1996 – debiut fabularny: Krokodyl

2000 – problemy z dystrybucją Wyspy w UK, z uwagi na sceny bicia żaby na śmierć i odzierania jej ze skóry. Reżyser powiedział: „I’ve done a lot of cruelty on animals in my films. And I will have a guilty conscience for the rest of my life

Address Unknown ("Suchwiin bulmyeong", 2001)

4/5

Obraz Korei po wojnie. Lata 70., żołnierze amerykańscy wciąż tam stacjonują. I nikt nie ma udanego życia, na wszystkich odbija się echem wspomniany konflikt. Tytuł odnosi się do listu, który jedna z bohaterek wysyła do Ameryki, aby skontaktować się z żołnierzem, w którym się zakochała. I mają razem dziecko, dzisiaj już dorosłe. List cały czas wraca do nadawcy. Ktoś inny skupuje od ludzi psy, zabija je i sprzedaje na mięso. Robi co może, żeby przeżyć. Nikt w końcu nie chce zabijać psów, ale każdy chce jeść i przygarnie kilka monet za sprzedaż. I tak dalej. Wątki niekoniecznie się przeplatają, raczej każdy porusza podobne motywy i prowadzi do podobnych wydarzeń. To były ciężkie czasy, a reżyser widział je na własne oczy.

Tragedia jest dopiero na koniec, kiedy dzieje się wiele smutnych rzeczy, głównie samookaleczeń i innych, jednak ten przeskok nie jest taki płynny, jak być powinien. Jakby reżyser chciał doprowadzić bohaterów do czegoś, ale nie umiał do tego poprowadzić również widza. Jakby do tego, co robią bohaterowie na koniec, nie prowadziła żadna droga, jakby nie było łącznika i zrozumienia. A raczej jakby tylko reżyser ich rozumiał.

Znaczy: rozumiałem ich smutek. Nie do końca jednak rozumiem, czemu zaczęli go wyrażać w tak bolesny sposób. Niemniej – w grupie tych „fabularnych” Ki Duk Kimów to jeden z lepszych tytułów. Warto zobaczyć!

Bad Guy ("Nabbeun namja", 2001)

4/5

Koreańska opowieść o miłości od pierwszego wejrzenia. Bohater widzi na ulicy dziewczę i decyduje się ją pocałować. Ta protestuje, ale nic to nie daje. Bohater kończy swoje, ale dziewczyna żąda przeprosin. Rzuca pogardę na bohatera, pluje mu w twarz i odchodzi. On w odpowiedzi zaczyna ją śledzić i stwarza sytuację, w której ona sama prowadzi się w poważne kłopoty. Zaciąga w efekcie dług i staje się prostytutką. Wszystko pod bacznym okiem bohatera. Czemu to zrobił? Na tym etapie nie jesteśmy pewni, ponieważ… Nie powiedział nam tego. Właściwie, to niewiele mówi w tym filmie. Zdaje się, jakby w ogóle miał się nie odezwać do samego końca. Cały czas komunikuje się z widzem jedynie poprzez swoje działania oraz subtelną grę aktorską. Tak, mówię to o azjatyckim aktorze. Bez użycia słów tworzy wyrazistą, bogatą postać, która nie do końca jest zagadką, ale jednak ciekawie jest go poznawać.

To brutalny, dorosły film dla ludzi nieodwracających wzroku i umiejących zaakceptować wulgarność niektórych scen. Prostytucja, więzienie, krwawe bijatyki, upokorzenie.

Film ma kilka wad, np. w jednej scenie bohater oberwie cegłą w łeb i prawie w tej samej chwili podniesie się, by dalej walczyć. Takie to nierealistyczne, ale jednak mogłoby przejść, gdyby reżyser umiał utrzymać tempo i nie zabrakło mu pomysłów. A tak właśnie się stało niestety. Im bliżej końca, tym mniejszą ochotę miałem na to, by chwalić tę pozycję. To jeden z tych tytułów, które oglądasz i myślisz: „ale fajny film, ciekawe ile już minęło?”. Patrzysz więc na czas i widzisz… 26 minut. Łącznie oglądałem go z 3 dni po kawałku. Nie mogłem się skoncentrować, ponieważ skupienia brakowało samemu filmowi. Kilkukrotnie w czasie seansu film nie miał pomysłu, jak przejść dalej i opowiedzieć kolejny segment.

Jeśli więc jesteś maniakiem kina, ten seans z pewnością powinniście zaliczyć. Posługiwanie się językiem obrazu, postać głównego bohatera, niektóre sceny… Ten film ma chwile, kiedy jest istną petardą, i jest szansa, że tak ja będziecie umieć wybaczyć mu słabsze momenty.

Pusty dom ("3-iron", 2004)

5/5

Pamiętam, jak usłyszałem pierwszy raz o tym filmie – że nie ma w nim prawie dialogów, że jak to, że tak się da, że to jest właśnie KINO dużymi literami pisane. Odkrywając później kino Kim Ki Duka, czułem się jak koneser, chociaż płyty z DVD po prostu były na półce i się wypożyczało jak każdy inny tytuł. To były wtedy dosyć popularne tytuły, oczywiście w odpowiednich kręgach. I tak, to jest film bardzo oszczędny w słowach. Nie ma ich tu mało, ale faktycznie główna para nie używa słów, aby się porozumieć. Oni to robią – można powiedzieć – od pierwszego wejrzenia. On każdego włamuje się do innego domu, który akurat jest pusty. Traf chciał, że jeden z nich taki nie był – ona w nim żyła. Nawet nie był świadomy jej obecności, póki mu się nie „objawiła”. Zaczęli razem wędrować, gdy on uratował ją od jej agresywnego partnera. Od domu do domu.

Problem jest taki, że trudno powiedzieć, aby był to film o czymś. Raczej jest to tytuł, który zawiera takie rzeczy, jakie reżyser chciał zobaczyć.

Tak naprawdę prawdziwy problem polega na tym, że jeśli pierwszą połowę można wziąć jeszcze za kino realistyczne – to znaczy, że to, co widzimy, faktycznie się dzieje – tak druga połowa nadaje się do odbioru wyłącznie jako metafora i nie ma sensu. To może wywoływać zgrzyt u odbiorcy, który nie będzie mieć pojęcia, co zrobić z tym, co zobaczył. Zapewne sam reżyser tego nie wie, bo w sumie treść stojąca za metaforami nie jest jakaś konkretna – w tym znaczeniu, że każdy może sobie dopisać, co tylko chce. Niech tylko nie narzuca innym swojej wersji jako jedynej słusznej. Sam w pewnym momencie seansu pomyślałem, że to film o współczesnym Dalajlamie, jego nowej reinkarnacji, który wędruje po świecie i odwiedza znajome miejsca z poprzednich wcieleń, ale nikt ze współczesnych tego nie zrozumie, więc po co nawet próbować? I to nie ma żadnego sensu – gdzie Kim Ki Duk, gdzie Dalajlama? – ale pewnie jest to równie prawdopodobne, jak to, z czym wy sami wyjdziecie po seansie.

Widzicie – główny bohater nie mówi, ponieważ Kim Ki Duk nie lubi dialogów. Za to lubi ciszę. I chyba tak to już jest z całym tym filmem. Za tym wszystkim nie stoi koniecznie jakaś treść, to po prostu masa rzeczy, które lubi reżyser. Chciał zobaczyć, czy uda się zrobić historię miłosną, w której żadna ze stron nic do siebie nie mówi – da się. I to może być naprawdę czuła i czarująca historia. Wędrówka po domach to naprawdę super pomysł, do którego można sobie dopowiedzieć masę rzeczy. Na samym końcu mamy cytat: It’s hard to tell whether the world we live in is either a reality or a dream i na tym polega magia tej produkcji, na uosobieniu w formie filmu tej jednej myśli.

Łuk ("Bow / Hwal", 2005)

5/5

Wydaje mi się, jakby to był przede wszystkim eksperyment formalny, jakby Ki Duk Kim chciał sprawdzić, czy uda się tę granicę milczenia przesunąć jeszcze dalej i stworzyć duet, gdzie obie strony nie powiedzą ani słowa. Oczywiście, że się da, wszystko się, ale w rezultacie otrzymujemy film, którego historia i bohaterowie nie są tak interesujący, co w Pustym domu, za to okoliczności są o wiele bardziej intrygujące. Miejsce akcji to łódka otoczona morzem aż po horyzont z każdej strony, na której pokładzie znajdują się ludzie nieznający innego życia niż właśnie takie, z daleka od lądu. Narracja oparta jest w zasadzie wyłącznie o symbolikę, dzięki czemu całość jest o wiele bardziej – z braku lepszego słowa – magiczna. Łuk jest tytułem pełnym uroku i na swój własny sposób to przedziwna historią o miłości, którą warto przeżyć.

Strength and a beautiful sound like in the tautness of a bow. I want to live like this until the day I die.

Oddech ("Soom", 2007)

4/5

W pewnym stopniu powtórka z rozrywki. Kobieta niezadowolona ze swojego życia nawiązuje relację z innym mężczyzną. Atrakcja polega na tym, że on jest więźniem oczekującym na karę śmierci. Oboje oczywiście dużo milczą i ich relacja jest naprawdę ładna, ale czuję, jakbym trzeci raz obejrzał to samo w ciągu kilku dni. Mam problem z odkryciem, co reżyser chciał tym tytułem osiągnąć. Już widzieliśmy miłość bez słów, ten tytuł nie przesuwa pod tym względem żadnej granicy. Może więc chciał opowiedzieć o człowieku, który dzięki takiemu uczuciu odzyskuje chęci do życia? Albo chciał opowiedzieć o związku, w którym inicjatywa wychodzi głównie od strony kobiety?

To nadal udany i dobry tytuł, który ma wartość samą w sobie. Zawodzi jedynie tym, że brakuje tu jakiegoś rozwoju artystycznego. Czułem, jakby Ki Duk Kim się powtarzał. Nie jest to złe lub męczące, tylko… mało potrzebne.

Pieta (2012)

5/5

Główny bohater imieniem Lee Kang-do jest dorosłym mężczyzną i mieszka samotnie. Zarabia na życie dzięki nieodpowiedzialnym ludziom, którzy pożyczają, nie mając potem jak oddać. Robi im więc krzywdę, by dostać kasę z ich ubezpieczenia. Pewnego dnia wraca do domu, ale pod drzwiami sterczy pewna kobieta… Ten film ma kilka świetnych zagadek, i to są pierwsze z nich: kim ona jest? I czemu robi ciągle na drutach?

Pieta jest bardzo dobrze skonstruowana, składa się niemal z samych istotnych scen. Mnóstwo tu detali, wprowadzonych gdzieś z boku, by odegrały rolę w zakończeniu. Za całą fabułą stoi bardzo ciekawy temat, o którym Kim Ki Duk opowiada, czyniąc widzowi i bohaterom dogłębny ból, z którego wszyscy będą musieli się wydobyć. To historia o nienawiści, najgłębszej, jaką człowiek może czuć wobec drugiej istoty ludzkiej, i o tym, że na końcu zawsze zostanie wątpliwość. Sumieniu, człowieczeństwie, życiu. Wszystko w stylu, który był łatwo do przewidzenia – będzie krwawo, będzie boleśnie, chwilami miałem nawet skojarzenia z serią Piła… ale też trochę zbyt komediowo.

Mnie osobiście śmieszy, jak Azjaci zaczynają rozmowę od kopniaków. Pukasz do takiego w drzwi, on otwiera, patrzy ci twarz i zasadza kopa. Poza tym są takie sceny jak owa kobieta na początku czatująca pod drzwiami. Gdy w końcu wejdzie do mieszkania bohatera, bez słowa zacznie zmywać, sprzątać… A bohater zdziwiony dopiero po chwili zacznie na nią krzyczeć. Złapie ją za fraki i wyrzuci za drzwi, by po wszystkim jeszcze się wywalić na mokrej podłodze. Cały czas krzyczał. Większość topowych amerykańskich komedii nie była w stanie mnie tak rozśmieszyć, jak te 5 minut. Poza humorem przeszkadzała mi zbytnia brutalność (jest tu kilka scen, które obliczono na to, by szokowały i nic poza tym) oraz nadgorliwe tłumaczenie intencji bohaterów. Przez większość czasu reżyser świetnie posługuje się językiem filmu, bohaterowie mają w zwyczaju milczeć, i w niczym to nie przeszkadza, by wszystko w pełni zrozumieć, ale kilkukrotnie postaci zostają zmuszone, by jasno wyjaśnić, jaka jest ich przeszłość, czemu robią, co robią i co mają zamiar w ten sposób osiągnąć… Dla mnie, jedyne co w ten sposób osiągnięto to dłużyzny, które zabijają całe napięcie i tempo tej opowieści.

Nieustająco balansuje pomiędzy naprawdę dobrym i naprawdę takim-sobie kinem. Piszę tę notatkę w kilka dni po seansie i teraz już patrzę na niego o wiele pozytywniej. Gdy go oglądałem, wahałem się między 5-6/10, dzisiaj daję oczko więcej. Historia i wszystko, co z nią związane jest o wiele za dobre, by dać mniej. Dla Korei powstał świetny dramat. Europejczyk znajdzie tu też sporo komedii. Oboje powinni z przyjemnością poznać tę historię, choć w różnym stopniu.

Moebius (2013)

3/5

To chyba Ki Duk spełniony, jeśli chodzi o formę – dialogów w ogóle nie ma, a brutalność… Cóż, jedną z pierwszych rzeczy w tym filmie jest wycięcie penisa i zjedzenie go.

Nie żeby to było wyjątkowo brutalny tytuł, a co do dialogów – bohaterowie wydają dźwięki (okrzyki i inne) i nawet rozmawiają przez telefon, ale żeby to zrobić, wychodzą na balkon, więc nie słyszymy ich słów. A o czym to jest? O trzech ludziach chyba mieszkających razem, chyba próbujących eksplorować temat seksualności. Trudno powiedzieć, gdzie zaczyna się film, a gdzie eksperymenty reżysera starającego się odkryć nowe rzeczy w kinie. Udało mu się już osiągnąć kino bez dialogów, miłość bez słów, teraz próbuje chyba miłość bez seksualności. Albo seks bez kontaktu. Albo seksualność bez seksu. Naprawdę trudno mi powiedzieć. Bohaterowie chyba tracą możliwość osiągania seksualnej przyjemności, więc szukają innych sposobów osiągnięcia jej, przez co reżyser chce opowiedzieć o byciu niewolnikiem seksualności… Chyba.

I jeszcze jedno: milczący bohaterowie stracili tutaj swój urok. Do tej pory w kinie Ki Duka, jeśli ktoś nie mówił, to miał wokół siebie taką wyjątkową otoczkę, jakby był wyjątkową osobą, którą trzeba specjalnie traktować, zrozumieć, dostosować się do niej, bo ona wie lub rozumie coś, co też powinniśmy. W Moebiusie milczą i to wszystko, co mogę na ten temat powiedzieć.

We are not free from physical desire for our entire life. And because of it, we either self-torture, maltreat or become maltreated. And in the middle of all this lies our genitals. The question ‚what is a genital? is the initiating point of this film. The film is personal to me in a way. For instance, in the film the character experiences orgasm by rubbing a rough stone against his skin. During my military service I had severe athlete’s foot, and had rubbed the skin with a stone until it bled. It was painful, but at the same time I felt a strange pleasure from it and, just like in the film, I felt an awful pain after it. I realized that our entire body is a sexual organ…I consider ‚Moebius’ as a penis journey – Ki Duk Kim