Kapitan Blood („Captain Blood”, 1935)

Kapitan Blood („Captain Blood”, 1935)

6 grudnia 2017 Uncategorized 0
Captain Blood poster
Michael Curtiz & Casey Robinson
Errol Flynn & Olivia de Havilland

Trochę długie, ale wypełnione pasją. Punkt kulminacyjny nie zawodzi. Errol Flynn wcielający się w główną rolę był bezbłędny!

XVII wiek. Doktor Blood leczy każdego, kto potrzebuje opieki. Nawet ludziom, na których władza poluje. W ten sposób trafia do niewoli, ale skoro jest biały, to film nie bardzo skupia się na tym motywie. Zamiast tego – jak tytuł wskazuje – sednem opowieści jest co bohater zrobi po wyrwaniu się z łańcuchów.

Kapitan Blood” stoi przede wszystkim dzięki występowi Errola Flynna, gwiazdy kina lat 30. Zasłynął on dzięki roli Robin Hooda w filmie z 1938 roku. Obie te postaci są do siebie podobne pod wieloma względami (awanturnik, szlachetny, czyniący złe rzeczy mając dobre intencje), ale to właśnie jako doktor wyrastający na pirata zalicza swoją rolę życia w mojej opinii. Trudno nawet znaleźć właściwe słowa by opisać jego postać inne niż… Prawilny. Jest po prostu pełen życia i roztacza wokół siebie pozytywną energię, jakby wszystko miało być dobrze.

To jest oczywiście klasyczne kino z Hollywood, pełna nadziei, ze szczęśliwym zakończeniem. Nie nastawiajcie się na liczne bitwy morskie czy pojedynki na szable. To jest ten okres, kiedy jeszcze nie bardzo wiedzieli, jak robić te pierwsze bez zabicia całej ekipy, a co do drugich – wtedy ukazanie śmierci na ekranie wciąż było odważnym posunięciem. Dlatego widzom pokazywano jedynie romantyczne wyobrażenie, a dzisiaj nie jest to równie mile widziane co wtedy. Z tego powodu wszelkie krwawe sceny nie wywierają na nas takiego impaktu jakiego byśmy mogli się spodziewać po klasycznej opowieści z gatunku płaszcza i szpady. I to nie tylko dlatego, że nie zawierają krwi.

Mając to wszystko wzięte od uwagę – punkt kulminacyjny spełnia oczekiwania, naprawdę. Tak, film jest trochę długi (praktycznie 2h trwa) i niepotrzebnie skupia się tak bardzo na pierwszej części historii – ale nie ma nic, co sprawi problem w oglądaniu. Za to finał dostarcza co najlepsze – abordaże, załoga działająca jak jeden mąż, wielkie okręty idące w kawałki. To jest film, w który nie tylko uwierzyłem, ale też chciałem wierzyć. „Captain Blood” to kino przygodowe, które zasłużyło na swoje pięć minut w historii kina.

Chcecie więcej?

Polecam „Pan i władca: Na krańcu świata” Petera Weira. Choćby za to, że bitwy morskie zostały przedstawione w złożony, skomplikowany sposób. Pokazano jak skomplikowane jest prawidłowe ustawienie armat, jak ważne jest nastawienie żagli pod odpowiednim kątem i ile rzeczy dzieje się na pokładzie jednocześnie, żeby cokolwiek osiągnąć.