John Woo

John Woo

16 sierpnia 2020 Blog 0

Człowiek, który jest naprawdę dobry w wyolbrzymionych emocjach, ale pragnący też umieć opowiadać w nieco bardziej subtelny sposób, co już mu tak nie wychodzi. Michael Bay pewnie chciałby być nazywany amerykańskim Johnem Woo.

Problem z kinem Woo jest na poziomie postaci, które zawsze są istotne w jego produkcjach. Gdy muszą zawsze zrobią coś ponadludzkiego. Nie dlatego, że to jest możliwe w tym świecie, ale to pokazuje ich determinację. Wnoszą ładunek emocjonalny do fabuły, są konkretne i jakieś, ale też dosyć płaskie. Widzicie, mało można o nich powiedzieć – robią coś i w ten sposób dopiero widzowie są informowani o charakterze danego bohatera. Tak niby powinno być, ale jednak czuć, że to ruch podyktowany historią, nie postacią. Bohaterowie wykonują ruchy tylko wtedy, gdy ma to wpływ na opowieść, a pomiędzy nie ma żadnych małych chwil, w których mogliby pokazać swój charakter. Co zaskakujące, to pod tym kątem taka Tajna broń góruje nad bardziej udanymi filmami Woo z okresu tworzenia w Hong Kongu – postać Travolty jest tak charyzmatyczna, że jest w niej po prostu więcej życia niż w tych drętwych bohaterach Killera czy Dzieci Triad. Widać po nim, że robi rzeczy, bo chce, a nie dlatego, by posunąć historię w jakimś kierunku.

John Woo znany jest z tego, że umie kręcić akcję, czyli podstawowy język filmu. Zaczynał od filmów kung fu, by potem stworzyć gun fu i opowieści o gangsterach, ponieważ ich wizerunek w jego przekonaniu najlepiej będzie przemawiał do widowni w Hong Kongu. I miał rację, chociaż też jego najbardziej znane produkcje stawały się ofiarami wymagań producenta odnośnie do montażu (Woo lubił kręcić ponad 2,5h, a wytwórnia chciała, aby był krótszy, by móc go wyświetlać w ciągu dnia częściej i w ten sposób zwiększyć zarobki). Wracając jednak do akcji – tej nie można pomylić z podobnymi scenami w innych filmach. U Johna Woo wydaje się, jakby wszystko na koniec sceny zostało zniszczone. Widać konsekwencję każdego wystrzału. Każdy moment jest akcentowany w duży sposób – gdy biegną, za nimi muszą być wybuchy. Gdy zostaną trafieni, rzucają się w powietrzu (bo oczywiście po postrzale są wysoko w powietrzu). I nie ma w tym nic wyćwiczonego, typowego – każdy ruch wydaje się improwizowany w panice i przypływie adrenaliny: wyskok i strzelanie, albo strzelanie podczas zjazdu na poręczy od schodów. Ci ludzie walczą, jakby od tego zależało ich życie. Jednocześnie widać ze sposobu prezentacji, że te sekwencje akcji tworzył ktoś, kto jest wrażliwy: one coś znaczą, a w nich istotne jest nie tylko choreografia i dźwięk, ale też atmosfera, barwy, muzyka… To wielki moment pod wieloma względami.

Aha, jeszcze kwestia gołębi. Ponoć Woo ma hopla na ich punkcie, ale po zrobieniu sobie maratonu jego filmów zobaczyłem gołębia raz – latał w kościele w finałowej strzelaninie, żeby symbolizować zapewne kruchość życia w tamtej sytuacji (jedna z postaci nie ma broni i jest ślepa, ledwo udaje jej się unikać kul – i beznadzieja tej postaci jest powtórzona wizerunkiem gołębia). Wiem, że gołębie są jeszcze w MI2 oraz Bez twarzy, których dawno nie widziałem. I wygląda na to, że z tymi gołębiami u Johna Woo jest trochę jak z zaczynaniem filmu u Hitchcocka trzęsieniem ziemi. Tak się tylko mówi.

I to tyle, ale chciałbym kiedyś zobaczyć dwuczęściowe Trzy królestwa, ale ogólnie jestem przychylnie nastawiony do oglądania dalszych produkcji Woo, chociaż wszystkie najlepsze mam raczej za sobą. Nakręcił choćby film kung fu z Brucem Lee – i to, że takie połączenie nie przeszło do historii, pokazuje tylko, że nie był to zbytnio udany tytuł.

Byle do jutra ("A Better Tommorow", 1986)

4/5

John Woo tworzy mocno fabularne gun-fu – tutaj jeszcze akcja i strzelaniny nie są tak częste i rozbudowane, co w późniejszych obrazach reżysera. Tak właściwie, to dopiero ostatnie 20-30 minut dostarcza tego, czego moglibyśmy się spodziewać. Niewiele tutaj też różnych pomysłowych zagrań – dosłownie raz ktoś wychyli się zza rogu na wózku albo strzeli do skaczącego przeciwnika. Patrząc na całokształt, strzelaniny w tym filmie są dosyć przyziemne i standardowe, chociaż zrealizowane bez zarzutu, w intensywnym stylu. Najlepsza jednak dla mnie pozostaje scena złożona głównie z walki wręcz, jak atakują ojca jednego z bohaterów w jego własnym domu. Można to oglądać kilka razy z rzędu i nadal nie znudzi. Osobiście lubię też sekwencję wyjścia z więzienia, znalezienie pracy i odnalezienie kolegi.

Poruszone zostają tutaj takie motywy jak przestępca starający się zerwać z przeszłością i zaczynający nowy, uczciwy rozdział w swoim życiu. O jego relacjach z rodziną, która jest wobec niego wrogo nastawiona po tym, jak poznają prawdę. To też historia o ludziach sukcesu, których czas przeminął. I chociaż prezentacja fabuły oraz relacji między konkretnymi postaciami pozostawia nieco do życzenia, to jednak dramaturgia jest wystarczająco przejrzysta. Finałowa akcja obudowana została solidnym kontekstem, dzięki niemu samo strzelanie albo zabijanie jest mniej istotne od tego, jak dzięki owej akcji zmienią się relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami: czy przeżyją, czy sobie wybaczą, czy się zaakceptują, czy odejdą razem?

Nic przełomowego, głównie dla fanów gatunku. Późniejsze produkcje Woo przebiją oba te punkty.

Plus naprawdę ładny motyw muzyczny, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Jak na YT wpisuję „theme”, to wyskakuje mi zupełnie inna melodia.

John Woo

Obecnie John Woo znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #111

Top

1. Płatny morderca
2. Kula w łeb
3. Dzieci triady
4. Tajna broń
5. Byle do jutra
6. Bez twarzy
7. Zapłata
8. Mission Impossible 2

Najlepiej chyba zacząć od Płatnego mordercy, bo to najlepszy tytuł jako całość i godnie reprezentuje umiejętności reżysera. A dopiero później odkryjecie najlepszą sekwencję akcji w Dzieciach traid i najlepszy moment dramaturgii w Kuli w łeb.

Najlepszy moment: jak w The Killer bohaterowie w ostatniej scenie zaczynają współpracować, używając przezwisk z filmów Disneya, rzucając sobie nawzajem broń.

Ważne daty:

1946 – John przychodzi na świat w południowo-wschodnich Chinach. W związku z wojną, w paszporcie przez długi czas miał datę urodzenia późniejszą o dwie wiosny. Tata był nauczycielem, mama pracowała na budowie. W młodym wieku musiał przejść poważną operację kręgosłupa, chodził poprawnie dopiero w wieku 8 lat i do dziś jedną nogę ma krótszą. Był nieśmiały i miał problemy z mówieniem, ale język obrazu miał mu dać narzędzia do komunikacji ze światem.

1973 – debiut reżyserski Johna: Young Dragons.

1974 – John zaczyna współpracę z producentem Raymondem Chow, razem stworzą 10 filmów przed 1986 rokiem, gdy powstały pierwsze pamiętane dziś filmy Woo.

1986 – John zaczyna współpracę z montażystą Davidem Wu. Razem stworzą 10 filmów, w tym Byle do jutra i Kulę w łeb. W tym też roku powstanie pierwszy z sześciu filmów Woo, w których zagrał Yun-Fat Chow.

1990 – Tony Chiu-Wai Leung gra pierwszy raz u John (w Kuli w łeb). To będzie pierwszy z pięciu tytułów, które razem stworzą.

1992 – John zaczyna współpracę z producentem Terencem Changiem (połączą siły przy tworzeniu 15 tytułów, w tym Dzieci Triady, Tajnej broni czy Trzech królestw)

1993 – John wyemigrował do Hollywood, tworząc film z Van Dammem.

2008 – John wraca do Chin, gdzie stworzy dwa gigantyczne podwójne filmy.

Płatny morderca ("Killer", 1989)

5/5

Najbardziej romantyczny z filmów Woo. Zawodowy zabójca, który uszkodził życie niewinnej osoby postronnej, teraz stara się nawiązać z nią relację i ochraniać ją. W międzyczasie jego własny szef wydaje na niego wyrok śmierci, dlatego nasz bohater musi uciekać. Ma do pomocy tylko swojego przyjaciela, również zabójcę, który nadal pracuje dla wspomnianego szefa – przynajmniej tak się wydaje. W pogoń za bohaterem idzie jeszcze policjant, który chce złapać protagonistę, ale równocześnie dostrzega, że ten ma swój kodeks honorowy, więc nie chce go po prostu zabić.

Pewnie pokręciłem to strasznie, ale faktem jest, że ten trójkąt buduje naprawdę sensowną dramaturgię. Widać, że wszyscy mają konkretną relację, jest między nimi jakieś uczucie. A w środku trójkąta jest jeszcze wspomniana niewinna ofiara, jej wzrok ulega pogorszeniu wraz z postępem czasu i idzie przez ten film dosłownie ślepa na zło, które ma miejsce wokół niej. I jeszcze smutno śpiewa. Bardziej niewinnie się nie da.

Tutaj reżyser idzie po bandzie w każdym kierunku. Sceny akcji są już rozbuchane, rozdmuchane, przesadzone i pełne mocnych rzeczy akcentujących każde wydarzenia, ale do tego jeszcze mamy celowe znajdywanie niezamierzonej komedii, budowanie wyraźnej atmosfery jeszcze zanim poznajemy bohaterów lub główny konflikt, a cała relacja między wspomnianym trójkątem jest zwyczajnie absurdalna. Wszystko tu jest bardzo poważne i niepoważne równocześnie – walka bohaterów jest przerysowana, ale rzeczy, o które walczą, są naprawdę istotne. Czuć tutaj podjęte ryzyko i decyzję o wyrażeniu swojego stylu. John Woo poszedł w każdym kierunku równocześnie, zachowując równowagę i kładąc równy nacisk na każdy z aspektów: relacje, bohaterów, sceny akcji, fabułę, atmosferę, Powstała wizytówka idealna, reprezentująca sobą wszystko, co John Woo sobą wyraża.

Kula w łeb ("Bullet in the Head", 1990)

5/5

O ile trudno mówić w przypadku kina Johna Woo o kinie poważnym, to Kula w łeb jest chyba najbliższa takiego tytułu. Oczywiście nadal są niesamowite sceny akcji, każda mała emocja musi być pokazana z rozmachem (młodzi się rozstają, a w tle za nimi saper dosłownie rozbraja bombę), fabuła ledwo się klei, finał jest niedorzecznie przesadzony – ale nie mam wątpliwości, że to Czas Apokalipsy w wykonaniu Johna Woo. Inni porównują Kulę w łeb do Łowcy jeleni, co w sumie lepiej pasuje.

Razem z bohaterami odbywamy podróż, ale oni nie muszą nigdzie się udawać, aby ją rozpocząć – ona otacza ich od samego początku. Zawierają przyjaźń, walczą ramię w ramię, kończą dzieciństwo i ruszają na podbój życia. Cały czas wokół dzieją się ważne rzeczy: protesty na ulicach, konflikty międzynarodowe, w drodze do szpitala żołnierz blokuje drogę z uwagi na niebezpieczeństwo – i faktycznie, jechanie dalej oznacza towarzystwo wybuchów. Dzisiaj twórcy już tak nie umieją umieszczać swoich bohaterów w centrum jakichś wydarzeń, oni tylko są ich świadomi. Trzy dekady temu Woo umiał to zrobić inaczej. W żadnym momencie nie jest tak, że rozumiemy cokolwiek: ta wojna trwa, konflikt trwa, ludzie atakują się nawzajem, a bohaterowie mogą tylko próbować przeżyć dany incydent. W końcu co za różnica, o co chodzi i która strona jest która, gdy płynie się rzeką Kongo? Najważniejsze jest przetrwanie. Nic innego bohaterom nie zostało.

To obraz, w którym sekwencje eskalacji przemocy są najmniej widowiskowe, a najbardziej fabularne. Naprawdę dużo one oznaczają dla poszczególnych postaci, jest w nich ten narracyjny ciężar. Strzelanie się jest na drugim miejscu, na pierwszym fizyczna deklaracja, że postać stawia czoła danej sytuacji. Sama fabuła ma problemy z doprowadzeniem do określonych sytuacji i postaw bohaterów, stąd całość po kilku seansach ma potencjał na postrzeganą jako „naciągana”. Nie powinno to osłabić jednak samego impaktu historii i wielkich emocji, jakie są w niej zawarte. Scena w dżungli, jak strzelają, aby przeżyć, albo wspomniany rozbuchany finał – Kula w łeb robi wrażenie, równocześnie edukując o protestach na placu Niebiańskiego Spokoju z 1989 roku.

Dzieci triady ("Hard-Boiled", 1992)

5/5

John Woo może mieć lepsze filmy, ale jeśli mowa o pojedynczych scenach – ostatnie 40-60 minut Hard-Boiled zgarnia pierwsze miejsce. Tak, jedna scena trwa tutaj aż tyle czasu, jest to finałowa strzelanina w szpitalu. Co tam się dzieje! Bohaterowie są zamknięci w oku huraganu, wszelka pomoc podczas próby zbliżenia się natyka na fortyfikację i uzbrojonego po zęby gangstera w każdym oknie, pacjenci i personel są zakładnikami, a na dodatek nasi protagoniści muszą rozwiązać najpierw swoje własne problemy. To oczywiste, że wszystko musi się rozwiązać z udziałem eksplozji. Zresztą, co tu dużo gadać, eksplozje mają tutaj własne eksplozje. Nie wiem, co zasługuje na większe uznanie: pchanie samochodu pod ostrzałem, strzelanie podczas zjeżdżania po poręczy, współpraca dwóch policjantów w korytarzu (jeden wykonuje wślizg pod łóżkiem, drugi rzuca się na wózek), wjechanie w typa z tyłu ciężarówki motocyklem, strzelanie do skaczącego motocyklu, skakanie z budynku trzymając kable jedną ręką… Sekretarka też będzie miała okazję się wykazać, policzkując bandytę i zwracając mu uwagę, że straszy niemowlaki. Brawo!

Dopiero przy drugim seansie dostrzegłem/zrozumiałem rozwój bohaterów – że gdy Alan nie strzela do Tequli, bo nie chce zabijać policjantów, albo że w momencie, gdy Alan został porażony, to wtedy Tequlia dostrzegł w nim policjanta i zaczął się przejmować jego losem, a nawet traktować jak brata. W ostatecznej konfrontacji Alana z antagonistą dopiero teraz widzę dosłowne samo-rozliczenie ze swoimi grzechami i naprawę błędów. To wciąż są typowi, nijacy bohaterowie z filmów Johna Woo, ale muszę przyznać, że są te pojedyncze momenty charakteru i motywacji. Problem w tym, że są dosłownie pojedyncze – i może w rozszerzonej wersji było tego trochę więcej. Niemniej – taka ilość jednak wystarczy, aby nadać dramaturgii całej akcji i tej historii o robieniu tego, w co się wierzy.

Kilka razy ktoś oberwie tak, że powinien leżeć do końca filmu (porcja śrutu ze strzelby prosto w dolny odcinek pleców, bycie porażonym prądem), a niemal natychmiast wstanie i walczy dalej. Raz ktoś użyje broni palnej jako patyka do podduszenia, zamiast włożyć amunicję i zacząć strzelać. Skakanie z budynku trzymając kable jedną ręką to w sumie też debilny pomysł, ale no – więcej uwag nie mam. I tak o tym zapomnę, bo ważniejszym jest pamiętać cudownie klimatyczną scenę otwierającą, w której Tequila gra jazz – potem się dowiadujemy, że takie utwory są ku pamięci zmarłego policjanta. Po takim otwarciu mógłby skakać z piętra, trzymając się własnego oddechu, nie miałbym z tym problemu.

Tajna broń ("Broken Arrow", 1996)

4/5

Pojedynczy i wystarczający argument na to, że lata 90 powinny być częściej niż raz na sto lat.

Zwykła rywalizacja dwóch facetów – niby znajomych niby przyjaciół niby kumpli – o nic, o wygraną. I w jakiś sposób gra toczy się o dwie bomby atomowe. Jest to absurdalne, pewnie też po prostu głupie, ale to jest niedorzeczne w przyjemny sposób. Naprawdę można tęsknić do takiego kina, które umiało być bezpretensjonalne. Dziś i wtedy to słowo miało naprawdę zupełnie inne znaczenie.

John Travolta bawi w tym filmie. Jest jednym z niewielu bohaterów u Johna Woo, którzy wydają się na tyle pełni życia, aby móc kontrolować fabułę. Zazwyczaj jest na odwrót. Tutaj postać grana przez Travoltę naprawdę potrafi przekonać, że robi te wszystkie głupie rzeczy, bo… tego chce. I najwyraźniej jest to argument wystarczający. Koleś chce wygrywać, a sprawa jest osobista. Nic więcej nie trzeba było, aby postawić wszystko na jedną kartę i zacząć grać własnym życiem.

Pytanie tylko, czy taki tytuł potrafi dzisiaj jeszcze sprawiać przyjemność swoją bezpretensjonalnością? Wiecie, dla widza zupełnie nowego. Czy dziś umiemy zacząć oglądać niedorzeczny film o żonglowaniu dwiema bombami? Z przesadzonym aktorstwem i nienaturalnymi dialogami budującymi napięcie, takimi jak: „Złamana strzała? Nie wiem, co jest gorsze – że zgubiliśmy bombę, czy to, że dzieje się to tak często, że ma to swoją nazwę”. Ja to uwielbiam i mogę napisać, że ta głupota ma swoją wartość relaksującą – ale jeśli ktoś nie potrafiłby się przy tym rozluźnić, to nie powiem, żeby było z nim coś złego. To w sumie dobrze, że dzisiaj niektóre kwestie traktujemy poważniej, niż 30 lat temu.