Jak wytresować smoka (2010)

Jak wytresować smoka (2010)

21 czerwca 2014 Kino familijne 0
smoka

Pochwała uczenia się, rozwoju i człowieka, który swoimi wynalazkami może tak wiele poprawić i zmienić na lepsze. Piękne i wiarygodne kino.

Jak wytresować smoka” opowiada on o Czkawce, dziecku Wikingów, którzy wierzą, że głupie imię odstrasza demony. Wikingowie zdają się mieć tylko jeden problem: smoki. Atakują one, porywają ludzi, niszczą budynki. Drugim problemem jest sam Czkawka, który jest największą ofermą w wiosce – w trakcie jednej z napaści smoków postanawia udowodnić, że jest coś wart: podpieprza katapultę i trafia w najbardziej tajemniczego smoka ze wszystkich: Nocną Furię. Nikt tego smoka wcześniej nie widział, wszyscy go słyszeli i wszyscy ucierpieli od zniszczeń, jakich dokonuje. 

Na trafieniu się kończy – podniecony Czkawka wraca się pochwalić, ale nikt mu nie wierzy. Smoka jednak faktycznie zranił – znajduje go podczas łażenia po lesie. Bestia straciła kawałek skrzydła i ma problemy z lataniem. Zamknięta w dolinie, w tajemnicy przed resztą plemienia, nawiązuje relację z naszym bohaterem. Ten odkrywa, że wszystko, co do tej pory ludzie wiedzieli – a raczej uważali, że wiedzą – o smokach, nie było prawdą. Mistyczna bestia potraktowana z szacunkiem umie się odwdzięczyć tym samym – a to dopiero początek.

Sedno fabuły, pochwała uczenia się, rozwoju i człowieka, który swoimi wynalazkami może tak wiele poprawić i zmienić na lepsze. W pełnej równowadze z naturą i innymi ludźmi. Niemal każdy aspekt fabularny ocieka od inteligencji oraz szacunku do czegoś. A wykonano to naprawdę znakomicie – jestem zaskoczony, ile w tej animacji dla młodszych widzów jest czystego kina. Większość procesu nauki o smokach, rozwoju relacji Czkawki z Nocną Furią, którego nazywa Szczerbatek, uczenie się latania ze składanym, płóciennym skrzydłem – to wszystko i wiele więcej nie ma większych dialogów lub kwestii mówionych. Najczęściej obywa się bez nich! I twórcy dokładają wszelkich starań, by widz w to uwierzył, niezależnie jak sceptycznie do tego podejdzie. Pokazują, czego się bohater uczy, jak się uczy, jak małemu chłopcu udaje się zyskać zaufanie cholernego smoka bez osłabiania potęgi tej istoty, oraz czemu jednak go nie zabił – bo miał taką okazję. Dlaczego? Wytłumaczono to naprawdę dokładnie. Widać na każdym kroku, że twórcy wiedzieli, po co stawiają każdy krok i gdzie on ich zaprowadzi.

To główny powód mojego uwielbiania dla tej niezwykle mądrej, przyjemnej w oglądaniu baśni. Jest jeszcze wiele innych – Czkwaka jest niebywale sympatyczny, każda jego reakcja jest wiarygodna oraz pasuje do całości postaci. Nawet jego teksty wydają się naturalne, ponieważ gdy używa sarkazmu, to widać, że w ten sposób się broni – przed ojcem, który jest nim zawiedziony, przed rówieśnikami, którzy z niego kpią. Nie robi tego, by mrugnąć do widowni i ich rozbawić. Astrid, chociaż pozbawiona jakiejś większej osobowości, nadrabia urokiem oraz charakterem – ma swoją rolę do wypełnienia w tej historii, a na koniec chce się zobaczyć, gdzie ona i główny bohater skończą, gdy dorosną. Uwielbiam to, że zanim pocałuje w policzek, to najpierw musi przywalić z całej siły. Szczerbatek radzi sobie bez żadnych dialogów, wszystko wyraża właściwie oczami, i jego animacja jest bardzo realistyczna – nie jest uczłowieczony, to nadal zwierzę, ale czuć, że ma swoją dumę, jest samoświadomy oraz bardzo się pilnuje. Nie jest jakiś psem, który raz na zawsze przylega do bohatera bez względu na wszystko. A w chwili zagrożenia dokona heroicznych czynów sam z siebie, a nie dlatego, że scenariusz tego wymaga. Sceny lotu wywołują niesamowite wrażenie – poczucie pędu i wysokości, nawet na laptopie czuć je bardzo wyraźnie. A widoki, jakie przy tym wygenerowano – czuć rozmiar tej wyspy, czuć nieskończoność wód wokół oraz puch chmur. Gdy Szczerbatek zwalnia i tylko szybuje, czuć spokój i bezpieczeństwo.

Przeszkadzał mi głos głównego bohatera w wersji Amerykańskiej. Słychać, że to ktoś o wiele starszy, i jeśli przez cały seans miałbym pomyśleć, że Czkawka to pozer, to właśnie przez ten dubbing. Na finał nie było wyraźnie żadnego pomysłu, ale to już nie przeszkadzało mi to zbytnio. Jakiś musiał być, i tak na siłę to mogę zaakceptować to, co wymyślili. Było efektownie i dramatycznie, więc chyba udanie. Nie jest zaletą i nie dodaje mocy do końcowej potęgi tego tytułu, ale gdyby go w ogóle nie było, to wrażenia byłyby mniejsze z pewnością.