Irlandczyk („Irishman”, 2019)

Irlandczyk („Irishman”, 2019)

30 grudnia 2019 Opinie o filmach 0
irlandczyk irishman
Martin Scorsese
Robert De Niro & Joe Pesci

Dla fanów Scorsese solidna robota. Dla pozostałych jeden z wielu filmów.

4/5

WYRÓŻNIENIE: Najlepszy film roku (Miejsce #8)
http://garretreza.pl/podsumowanie-2010/

Scorsese jeszcze raz idzie w kierunku trzygodzinnej opowieści o wzlocie i upadku osoby ze światka przestępczego. Tym razem mówimy o cynglu do wynajęcia, który zaczynał jako kierowca ciężarówki z mięsem, by po pewnym czasie zacząć zabijać na zlecenie, a skończył, jako pokazano to już w pierwszej scenie, w domu opieki, opuszczony przez wszystkich. To wciąż taka pozorowana szczegółowa biografia – niby widzimy, co się działo w życiu bohatera i dlaczego, ale np. zawieranie znajomości przedstawiono umownie. Bohater kogoś poznaje i od razu są przyjaciółmi na całe życie, chociaż nie wydarzyło się nic, co pozwoliłoby widzowi w to uwierzyć. „Cześć”, potem „No siema”, a w następnej scenie już jeden drugiego wspiera, wstawiając się u szefa w ważnej rozmowie, od której zależy ich dalsza „kariera”. Irlandczyk poznaje nowych ludzi, oni ręczą za niego słowem, dzięki czemu dostaje nową i bardziej opłacalną pracę – i tak to się toczy.

Trudno jest mi powiedzieć, w jakim stopniu formuła i kształt Irlandczyka jest automatyzmem ze strony Scorsese, a na ile był to jego świadomy wybór. Można widzieć w tym obrazie pewien manifest twórczy – wiecie: „Robię filmy jak chcę albo w ogóle! To będzie mój list miłosny do dawnego kina i ludzi, z którymi go tworzyłem!”, ale równie dobrze można oglądać i być pod wrażeniem, że Scorsese po prostu inaczej nie umie, że jest niewolnikiem swojego stylu. Opowiada o czymś życiu, więc faktycznie musi go pokazać na przestrzeni kilku dekad życia. Nie wynika z tego nic głębokiego lub szczegółowego (setka osób w obsadzie i wiele wątków, ale głównie oglądamy pięć tych samych osób w jednym pomieszczeniu – i to nawet te 5 osób poznajemy głównie po imieniu, bo charakter mają w zasadzie podobny), to po prostu solidna robota, której można być fanem albo nie. Ja byłem i te 200 minut minęło mi w zasadzie całkiem nieźle. Widzę tu świadome zabiegi artystyczne, odróżniające „Irlandczyka” od „Chłopców z ferajny”, odzwierciedlając w ten sposób odmienne tematy podejmowane w każdym z tych tytułów. Bohater Chłopców… wygrał, chociaż przegrał. Irlandczyk przegrał po całości. I to ta część – przegranie – jest najmocniejsza. Tę część zapamiętam – kiedy bohater jest stary i nie ma sposobu, żeby wygrał cokolwiek, on już tylko czeka na koniec. Nie ma tu żadnego morału, to po prostu gorzki epilog.

Wiele osób narzeka na cyfrowe odmładzanie aktorów. Osobiście niezbyt na to narzekam, chociaż żadna z postaci po takim liftingu nie wygląda na mniej niż 50 lat. Komputery tutaj nie zawodzą najbardziej, to ruchy aktorów psują iluzję. Jest taki moment, gdy De Niro uczestniczy w bójce na ulicy. Rzuca chłopem na chodnik, po czym jakby w połowie ruchu przypomniał sobie, że jego ciało ma 76 lat, więc zaczął wykonywać jakieś lekkie kopniaki i inne takie. Zresztą jesteśmy kinomanami, znamy De Niro od 50 lat. Wiemy, jak wygląda. Tego nie można było przeskoczyć z wielu poziomów. Pewnie nagrali materiał i dopiero rok później zobaczyli materiał po post-produkcji i stwierdzili, że albo kręcą film od nowa, albo wypuszczają go, jak jest. I w obecnej wersji – da się oglądać. To film o czymś innym, a zresztą – jeśli mówić o wczuwaniu się w realizm filmu, to na to raczej od dawna za późno. Irlandczyk był niemal legendą, do realizacji której Martin Scorsese przymierzał się od dawna, ale nie było szans na to. Aż tu nagle rok temu zaczął robić, dziś już można go oglądać. Wiemy, czym to jest. To nie jest tylko film i raczej dla niewielu kinomanów będzie tylko nim. Większość zobaczy tu wspomniany manifest artystyczny albo testament Scorsese. I tak będą go oceniać.

Irlandczyk

Te kilka chwil to wielkie aktorstwo. Resztę filmu pewnie zapomnę, ale ten moment... Ech.