Hirokazu Koreeda

Hirokazu Koreeda

23 maja 2020 Blog 0
koreeda still walking ciagle na chodzie

Jego produkcje są melancholijne. Zwykli widzowi i Rogert Ebert porównywali Koreedę do Yasujiro Ozu. On sam czuje się być inspirowany przez Kena Loacha.

Trudno jest podsumować twórczość tego człowieka, ponieważ wydaje się on na jakiejś swojej, prywatnej drodze, od filmu do filmu stawiać kolejny krok. Rozwija się jako człowiek i artysta. W debiucie opowiada o kobiecie, za którą wciąż ciągnie się śmierć jej babci – sam Koreeda w wieku sześciu lat pożegnał dziadka, który zmarł z powodu Alzheimera, W After Life przedstawia zaświaty w swoim własnym ujęciu. W kolejnych filmach opowiada o dzieciach wystawionych na świat i jego niezrozumiałość z punktu widzenia bezbronnego nieletniego obywatela. W 2008 roku kręci obraz inspirowany jego własną rodziną, gdzie przedstawia domowników unikających siebie nawzajem, nigdy nierozwiązujących żadnego problemu, jaki mają ze sobą nawzajem. Osiem lat później jednak stworzy Po burzy, gdzie rodzina już będzie mieć odwagę rozmawiać. I zrobią to.

Opowiada o ludziach, ale niekoniecznie w radzeniu sobie z codziennością. W zasadzie zawsze wybiera coś naprawdę rzadkiego. Bohaterowie Dziecięcego świata zostają opuszczeni przez matkę wcześniej przez nią nauczonych siedzieć cicho i nikomu nie mówić o swoim życiu; w Jak ojciec i syn bohater dowiaduje się, że przy porodzie doszło do podmiany ich potomka, co w samym filmie jest nazwane ekstremalną rzadkością. Nawet w Ciągle na chodzie mówimy o czymś wyjątkowym – w końcu normalni ludzie jednak zawsze coś powiedzą i zaczną się kłócić, gdy u Koreedy zachowują spokój do końca i nie pozwalają swojej tęsknocie na wydostanie się i zmienienie czegokolwiek.

Trzeci rozwój to tonacja jego obrazów. To zawsze było smutne i proste kino, ale jeśli ktoś oglądał Koreedę po kolei, to musiał być zdziwiony, jak bardzo lekkie i przyjemne okazało się Nasza najmłodsza siostra. Wtedy „trudne” stało się „łatwe”, a „wolne i męczące” stało się relaksacyjne, jakby sam reżyser odzyskał spokój na duszy. Wiele można było wcześniej powiedzieć o Koreedzie, ale mało kto mógł rzec, że te filmy „dobrze się ogląda”. Siostra…, Po burzy i Złodziejaszki ogląda się dobrze. Nadal podejmują trudne tematy, nadal jest w nich wiele smutku, melancholii i innych ciężkich emocji, ale teraz człowiek po seansie chce obejrzeć następny film Koreedy.

Hirokazu Koreeda

Obecnie Hirokazu Koreeda znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #44

Top

4.3/5
1. Nasza najmłodsza siostra
2. Złodziejaszki
3. Po burzy
4. Ciągle na chodzie
5. Illusion
6. Jak ojciec i syn
7. Dziecięcy świat
8. Życzenie
9. Prawda
10. After Life
Najlepszy film na początek przygody z Koreedą: Nasza najmłodsza siostra

Ważne daty

1962 – Koreeda przychodzi na świat w Tokio. Miał być pisarzem, zanim zaczął tworzyć filmy.

1987 – Koreeda kończy Uniwersytet w Tokio.

1995 – debiut fabularny Koreedy. Wcześniej kręcił kilka dokumentów.

2007 – rodzi się córka Koreedy.

2008 – Koreeda tworzy Ciągle na chodzie, rozpoczynając współpracę z producentem Hijiri Taguchi (razem zrobią potem Życzenie czy Po burzy). Przy Still Walking zacznie się też współpraca z Kirin Kiki. Razem zrobią siedem filmów, zanim Kiki umrze w 2018 roku (ostatnia rola była właśnie u Koreedy – w Złodziejaszkach)

Illusion zaczyna się, gdy bohaterka imieniem Yumiko ma 12 lat. Dom jej rodziców opuszcza babcia, dziewczynka biegnie, by ją powstrzymać. Starowinka jednak wybiera umrzeć gdzie indziej i nie pozwala się zawrócić. Stałem więc tam razem z Yumiko, patrząc na postać odchodzącą za horyzont… Akcja przenosi się następnie w przyszłość, kiedy Yumiko jest dorosła i wciąż czuje żal z powodu tamtego wydarzenia. Wini się za to, że nie mogła wtedy nic zrobić. Jest apatyczna, obojętna, nieobecna. Illusion pokazuje życie bohaterki w takim stanie – jak żyje z mężem, ze sobą i dziećmi. Bez obietnicy zmiany ani poprawy.

Sceny takie jak pokazanie odchodzącej postaci zrealizowano przepięknie. Jest takich momentów w filmie kilka i zawsze wiedziano jak je pokazać, co nimi wyrazić, jak przekonać widza do zastanowienia się nad nimi. Umieszczano w kontekście, nie powtarzają się one, więc nawet bezruch wyraża tutaj mnóstwo akcji. W końcu dziewczynka mogła jednak podjąć walkę i pobiec jeszcze raz, ale stała tam i pokazywano to widzowi tak długo, jakby w tym czasie bohaterka mogła te i inne decyzje podjąć kilkukrotnie. Jednak na samym końcu stała tam tak samo, jak na początku.

To okrutnie nudna i niełatwa w oglądaniu opowieść. Nie ma tu fabuły, historia opiera się na przeżyciach i emocjach bohaterki, cały styl jest bardzo wolny i z pozoru niespójny. Sceny zaczynają się na tyle wcześnie, by pokazać, jak postać siedzi i patrzy w ścianę (a.k.a. myśli nad czymś/czeka na coś), wiele tu momentów, które nie wnoszą nic, a dialogom brakuje poczucia naturalności. I najważniejsze: całość jest tak skonstruowana, że dopiero zakończenie nadaje charakter całości. Do tego momentu wydaje się ono epizodyczne, bez celu. Język obrazu, jakim Koreeda się posługuje, jest przynajmniej niejasny.

Przy tym wszystkim nie mogę zaprzeczyć, że to piękny film. Wiele scen oglądałem kilkukrotnie, by je zrozumieć. Pojedynczy seans raczej nie załatwił sprawy, obejrzę jeszcze raz.

Ciężki, powolny, pozbawiony skupienia tytuł. Pomysł wyjściowy jest świetny i rozbudza wyobraźnię – ludzie po śmierci muszą wybrać, jakie wspomnienie chcą ze sobą zabrać na całą wieczność. Realizacja już jednak odbiera całości potencjał – oglądamy serię dialogów stylizowanych chyba na „rozmowy kwalifikacyjne” w dużych korporacjach (z jakiegoś powodu?), co wygląda jak wszystkie zapchaj-dziury w programach typu Idol i inne show, gdzie w każdym odcinku pokazują garść ludzi, którzy przejdą dalej, oraz morze ludzi, którzy odpadną na tym etapie. Nie ma więc znaczenia, co mówią, są tylko tłem. W After Life miałem wrażenie, że oglądamy tylko takie tło. Co prawda trafia się czasem osoba, o której od razu wiemy, że jest ważniejsza pod względem fabuły – choćby gość, który odmawia podjęcia wyboru i wskazania tylko jednego wspomnienia, które chce zachować – ale większość filmu to takie oglądanie ludzi ze świadomością, że ja w sumie nie muszę tego oglądać. To nie wygląda jak film z pomysłem na siebie, raczej improwizacja, która szuka sama siebie na naszych oczach. Luźna, pozbawiona skupienia – i przez to totalnie obojętna. W trakcie oglądania odpływałem i przypominałem sobie np. o tym, jak oglądałem mecze piłki nożnej w 2006 roku z dziadkiem, jak jeszcze żył. Więc przerywałem film, aby przypomnieć sobie jakiś mecz. Czułem się do tego zainspirowany przez Koreedę.

Ludziom podoba się, jak w tym filmie rozmawiają o życiu i znajdują w niej nowe rzeczy, ale osobiście już dawno poszedłem dalej w tych przemyśleniach. Kino zresztą też nie jeden raz pokazało ten temat lepiej. Koreeda miał dobry pomysł, ale potrzeba o wiele więcej, aby to mogło zadziałać jako film.

Bohater ma rodzeństwo, ale musi się ono ukrywać przed wszystkimi. Nie opuszczają nawet domu – wszystko z rozkazu matki. Nie rozumiemy tego, jedynie z czasem pojawiają się pewne sygnały (np. matka ma nowego faceta, który myśli, że ta ma tylko jedno dziecko). Pewnego dnia matka niespodziewanie znika, zostawiając pieniądze. Jej dzieci żyją jak dotychczas, czekając.

Nie chodzą do szkoły, unikają kontaktów z innymi ludźmi. Rodzeństwo siedzi w domu, bohater wychodzi robić zakupy. W sklepie będzie przeglądać mangę, a w głowie będzie myśleć o przyszłości, zacznie liczyć pieniądze. Piszę tę notatkę kilka dni po seansie i już nie pamiętam zbyt wiele, bo po prostu niewiele się działo. Dzieci żyją oszczędnie, ale czasami będą szaleć na zakupach. Rachunków nie będzie z czego opłacić i odetną im wodę. Będą myć się w fontannie, ale też w czasie rzeczywistym będziemy mogli zobaczyć np. jak ich ubrania stają się coraz bardziej zniszczone.

Nie było jednak tak, że losy bohaterów były mi obojętne, o nie! – chciałem wiedzieć, jak to wszystko się kończy. Byłem zaangażowany, tylko równocześnie czułem, że mógłbym pójść na spacer podczas seansu i niczego nie stracić. To naprawdę wolny obraz, ale w celowy sposób – dzięki temu podświadomie nie łączymy konstrukcji filmu z jakimś ratunkiem dla bohaterów. Nie czujemy, że zaraz będzie punkt w fabule, dzięki któremu coś się stanie, co wpłynie na sytuację dzieci. Nawet pory roku zmieniają się niemal niezauważalnie.

Młodzi ludzie z okazji święta jadą do rodziców na kolację, wspólne spędzanie czasu, nocowanie. Nie mają na to ochoty, ale w końcu wypada. Raz do roku.

Znamy to. Z życia, jak i dramatów kameralnych, w których podczas jednej nocy nagle wszystkie emocje znajdują ujście, wszyscy rozmawiają ze sobą szczerze i na koniec mamy katharsis. Koreeda dodał do tego spokój. Napięcie wcale nie rośnie, nie ma tutaj punktów kulminacyjnych, nic się nie zmienia i nic nie zostaje osiągnięte. Tak jak w życiu. Rodzice i dzieci rozmawiają, od czasu do czasu ktoś powie coś, co zapiecze drugą stronę. Tata jest na emeryturze, ale nadal udaje lekarza. Mama powie, że syn nie jest prawdziwym rodzicem, bo ma jedynie przyszywanego dzieciaka. Jego żonie będą mieszać w głowie w sprawie podjęcia decyzji o następnej ciąży, żeby oni razem mieli własne dziecko. Nikt tutaj nie czuje się dobrze w otoczeniu pozostałych, wszyscy chodzą na palcach i pozwalają sobie na delikatne przyciski. A potem udają, że nawet i tego nie powiedzieli. Nie walczą, nie dyskutują, a nawet jeśli chcą coś narzucić drugiej stronie, to w odpowiedzi stykają się z pasywnością.

Koreeda nie wykazuje żadnej inicjatywy. Jest, jak jest, on tylko to pokazuje. Wszyscy są skrępowani odgórnymi zasadami i normami, których nie chcą wypełniać, nie rozumieją ich, ale z tego powodu robią rzeczy, na które nie mają ochoty. Krok za krokiem, dzień za dniem, jak w tytule. Składanie obietnic, których nie chce się spełniać – ale mówi się je tylko po to, aby być miłym. Aż w końcu przyjdzie śmierć i już nie będziemy musieli tego robić.

Niemniej, napięcie jest. I nie tylko dlatego, że jesteśmy do niego przyzwyczajeni z racji gatunku – tak naprawdę życie narzuca nam takie odczucia. Każdy moment, gdy bohaterowie pozwalają sobie na krótki upust emocji, wtedy jest szansa, żeby coś jeszcze powiedzieć. To jest dobry moment, oboje wydają się gotowi, są sami… Może więc można się odezwać?

PS. Reżyser wyznał, że to film oparty na jego rodzinie.

Zamiana dzieci przy porodzie jest czymś ekstremalnie rzadkim w dzisiejszych czasach, ale nadal się zdarza. Taki los spotkał naszych bohaterów, którzy o wszystkich dowiedzieli się o tym parę lat później. Co teraz?

Cała konstrukcja filmu opiera się z grubsza na jednym założeniu: wpuszczeniu bohaterów w dramat, a następnie obserwowaniu, jak sobie z nim radzą. Nie ma tu w sumie wiele więcej (poza jednym zwrotem akcji, kiedy okazuje się, że zamiana dzieci przy porodzie nie była dziełem przypadku – ale w sumie niewiele to zmienia). Obie rodziny próbują nowych rozwiązań, rozmawiają, spędzają czas i sprawdzają, czy to, co robią, przynosi w ogóle jakiekolwiek zmiany. Zamieniają dzieci na próbę, spotykają się wszyscy razem, starają nawiązań jakąś relację z nowych-oryginalnym brzdącem – a przecież nie jest tak, że na dzieciach świat się kończy. Sceny następują jedna po drogiej – w nadziei, że dokądś one nas zaprowadzą.

Są momenty, które potrafią rozwalić serce, ale tutaj już nie będę podawać przykładów. Szacunek dla Koreedy, że zrobił film równocześnie ciężki i lekki. Sam film kończy się w dojrzały sposób, bez konkretnego zamknięcia. Dwie godziny mijają i nic nie jest rozwiązane, w tym znaczeniu, że nikt nie jest pogodzony z obecną sytuacją i nikomu nie jest łatwo o tym mówić. Nikt nie ma też żadnych odpowiedzi na jakiekolwiek pytanie: czy oni są dla nich rodzicami? Czy zastępcze dziecko było dla nich bardziej niż syn od tego prawdziwego? Czy lepiej byłoby nigdy się nie dowiedzieć lub nic nie robić?

Jak w życiu. Czasami po prostu trzeba żyć dalej.

Koreeda tym razem opowiada swoją nową historię z punktu widzenia mężczyzny: o człowieku, który po rozwodzie widuje swojego syna raz w miesiącu. Nowością jest również współczesność. Niekoniecznie obecny rok, ale mógłby się dziś rozgrywać. Wszystko opowiedziane jest poprzez akcję, czyli działania bohaterów. Trochę przez to wkrada się chaos, bo możemy się zgubić w natłoku postaci i informacji, jednak to szybko mija. Dialogi są doskonałe, naprawdę miałem wrażenie, jakbym mógł z tymi ludźmi pogadać. Całość przypomina mi sztuki Tennessee Williamsa. Nie uświadczymy tutaj przemów i kłótni – zamiast tego bohaterowie usiądą pod ścianą i porozmawiają o swoich osobistych problemach.

Jak miło obejrzeć film tak pełny miłości do drugiego człowieka! Koreeda stworzył piękną i bezbłędną konstrukcję dramatyczną o rodzinie, która w odkrywaniu jest samą przyjemnością – jak działa ten świat, jakie są relacje między nimi, kim w ogóle ci ludzie są? Nie warto zbyt mocno sugerować się tytułem oraz faktem, że w opisie zdradzają, iż niektórzy bohaterowie kradną – bo moralność w tym filmie jest jak najbardziej, ale w swojej pełnej formie, bez z góry narzuconych elementów. Przedstawienie bohaterów czy dynamiczne zawiązanie akcji też tu jest, ale bardziej mnie zaskakuje ilość śladów wspomnianych pół słowem przyszłych konfliktów, które są rozwijane zaskakująco przez cały film. Najważniejsze jest jednak uczucie towarzyszące mi od pierwszych scen seansu, czyli chęć adoptowania samemu dzieci i uratowania świata, niczym w teledysku Michaela Jacksona. Trudno mi jednak wskazać, jak sam film to wywołuje, więc to po prostu musiało być we mnie. Co w sytuacji, gdy tego wśród was nie ma? Wtedy pozostaje rewelacyjna konstrukcja scenariusza oraz potężna opowieść o miłości do drugiego człowieka.

Mały krok dla widza, znaczący krok dla Koreedy.

Prawda jest filmem, który powinno się oglądać chyba tylko i wyłącznie w kontekście chronologicznej filmografii tego reżysera, ponieważ pokazuje rozwój jego osoby jako człowieka. Kto widział jego produkcje z czasów, gdy dopiero zaczynał karierę reżyserską, ten pamięta, jak wtedy opowiadał o relacjach międzyludzkich i przedstawiał rodzinę: był pasywnym obserwatorem, któremu wydawało się brakować wiary w sens rozmawiania z ludźmi, żeby ich zmienić. W Ciągle na chodzie bohaterowie unikali konfliktu i całość kończyła się na tym, że unikali go tak długo, aż któraś ze stron umarła i tyle. W Po burzy już rozmawiają – o życiu. W Prawdzie dzieci rozmawiają z rodzicami o sobie, starają się do czegoś dojść. I jakby tego było mało – robią to dzięki sztuce. Tutaj postać matki nie tylko jest aktorką, ale również wydała właśnie autobiografię i podejmuje się temat tego, co w niej umieściła, a czego nie – i dlaczego?

Pod tym kątem Prawda jest deklaracją osobistą oraz podziękowaniem dla sztuki – to w końcu kolejny rozdział w karierze człowieka, który nakręcił 10+ fabuł. I dzięki temu ma teraz odwagę mówić w taki sposób.

Inna sprawa, że my – jako widzowie – widzieliśmy już takie historie. I były wykonane dużo lepiej. Styl Koreedy nie bardzo pasuje do takich opowieści, które wymagają intensywnego scenariusza, przejrzystego wprowadzania motywów i ich czytelnego prowadzenia – a może po prostu jesteśmy zbyt bardzo przywiązani do stylu Tennessee Williamsa? Koreeda woli przestrzeń dla aktorów, scenariusz wyraźnie traktuje jako zbiór wskazówek i nadal luźno podchodzi do realizacji, co przynosi dosyć nijaki, nieangażujący efekt. To tytuł, który mogę z pewnością szanować, ale nie napiszę, żeby seans był przyjemny.