Nawiedzony dom na wzgórzu („Haunting of Hill House”, 2018)

Nawiedzony dom na wzgórzu („Haunting of Hill House”, 2018)

14 października 2018 Opinie o serialach 0
The Haunting of Hill House poster
The Haunting of Hill House
Mike Flanagan
10 odcinków, trwających od 45 do 70 minut.

Rewelacyjnie opowiedziany horror psychologiczny o ciążącym sumieniu.

 

Rodzina Crainów zajmowała się renowacją domów. Kupowali starą posiadłość, odnawiali ją i sprzedawali za większe pieniądze. Było tam siedem osób: rodzice i pięcioro dzieci. Jednej nocy ojciec zabrał potomstwo do samochodu i odjechali, zostawiając matkę w środku rezydencji Hill House. Później okazało się, że ona umarła. Ponad dwie dekady później wszyscy, którzy przeżyli tamte wydarzenia, wciąż nimi żyją. Pewne smutne wydarzenie połączą ich po latach i zmuszą do stawienia czoła klątwie Hill House oraz własnemu sumieniu.

Jeśli jesteście tutaj tak szybko po premierze serialu, to najpewniej jesteście tak jak ja fanami Flanagana (jest to jego pierwszy serial w karierze reżyserskiej). Powiem więc wam od razu: otrzymaliśmy dokładnie to, czego chcieliśmy – i więcej! Na początku drugiego odcinka jest taki moment, kiedy dorosła Shirley – właścicielka domu pogrzebowego – wyjaśnia dziecku klienta, na czym polega proces pielęgnacji zwłok (w tym wypadku jego babci). Robimy wszystko, żeby wyglądała jak osoba, którą znałeś. Widzimy to wszystko: mycie ciała, ubieranie go, a następnie nakładanie makijażu. Na koniec następuje sekwencja: ciało denatki – cięcie – ręka sięgająca po kredkę do rzęs – cięcie – osoba rysuje projekt domu. Nagle jesteśmy już w przeszłości i widzimy, jak mała Shirley podchodzi do swojej matki wykonującej projekt architektoniczny. Objaśnia ona, w jaki sposób ten zbiór kresek jest czymś więcej. Bohaterka tego nie widzi, na co jej rodzicielka mówi: W porządku. Dorastając, zaczynamy widzieć rzeczy, których tak naprawdę nie ma. A kiedy jesteśmy dorośli, uczymy się je urzeczywistniać. Co za rewelacyjna kwestia! Co za rewelacyjne sceny, jedna za drugą! Jednak geniusz Flanagana właśnie objawia się w tym, że on potrafi łączyć różne rzeczy i w ten sposób tworzyć coś więcej.

Można właśnie oglądać jego filmy tak, jakby znajdowały się w stanie surowym, na papierze, na jakimś podstawowym poziomie: jako scena, jako dialogi, jako aktorstwo itd., ale te dwie sceny połączone razem tworzą coś więcej. 

Sequel, prequel, reboot?

Jest to autorska adaptacja książki Shirley Jackson. Były wcześniej już dwie w kinie – Nawiedzony dom z 1963 roku oraz Nawiedzony z 1999 roku. Chociaż kilka rzeczy powtarza się w nich z serialem (imiona postaci, obecność Hill House, Theo będąca lesbijką, Come Home Elenor czy kultowe Whose hand I was holding?), to jednak w 2018 roku otrzymujemy tak naprawdę produkcję opartą na motywach książki, zamiast czegoś na kształt wiernego adaptowania. Dla przykładu – bohaterowie w wieku dorosłym nie zostają na noc w Hill House, nie ma też doktora badającego sen lub strach. Z tego powodu warto wciąż wrócić do książki i filmu z 1963 roku, który jest rewelacyjnym gotyckim horrorem, w którym aż do końca nie ma pewności, że siły nadnaturalne w ogóle są zaangażowane w losy bohaterów. Wersja z 1999 roku jest już dosyć prostackim horrorem i nie znam powodu, aby warto było mu poświęcić czas.

Dlaczego akurat te dwie sceny, dlaczego akurat tutaj wykonano przejście w przeszłość, co ich połączenie mówi? Flanagan jest mistrzem posługiwania się takimi motywami – dostrzegania niewidzialnego, zestawiania różnych planów czasowych, skupiania uwagi na momentach pozornie nieistotnych. Żadna z tych scen nie była istotna – w zasadzie można by je wyciąć i zacząć odcinek od tego, co było dalej, czyli odkrycia przez młodą Shirley kotków w budce na narzędzia. Dlaczego nie? Bo ten tytuł jest czymś więcej.

Mastershot

Jest w tym serialu długie ujęcie. Nie powiem, w którym odcinku, ani ile trwa, ale jest. Sami miejcie przyjemność z tego uczucia odkrywania: Cholera, czy to będzie długie ujęcie?… Tak! Żeby trwało jak najdłużej! i trwa. Nie cały odcinek, ale trwa bardzo długo. I jest znakomicie zrealizowane. Kamera jest w ciągłym ruchu, w kadrze cały czas mamy komplet obsady i wszyscy zachowują się szokująco naturalnie. Chodzą i wychodzą z pomieszczeń w organiczny sposób, chociaż jednocześnie widać jak na dłoni, że całe ujęcie było zaplanowane w niebywałym stopniu.

Dlaczego nie można było ciąć? Powiem tylko tyle – żeby nie wycinać prawdy. Twórca pozwala swoim bohaterom na niezręczność, na ciszę, na kłótnię, na fałsz, na absolutnie wszystko. Zarejestrowano wtedy bardzo ważne wydarzenie i liczyło się, aby pokazać je w czasie rzeczywistym. Efekt jest niebywałym osiągnięciem, do którego będę wracał we wspominaniach oraz bezpośrednio. Piękny kawałek rewelacyjnej reżyserskiej pracy.

Serial zresztą jako całość muszę pod tym względem pochwalić. Zachować tak spójny styl wizualny przez pełne 10 złożonych odcinków zasluguje na wyróżnienie. Flanagan szczególną uwagę przykłada do małych, nieistotnych scen, w których niby nic ważnego się nie dzieje, ale są one wykonane w taki sposób, żeby przyzwyczaić widza do czegoś, żeby – tak jak duchy w domu – przypominały widzowi, by ten miał się na baczności. Każde pomieszczenie kręcone jest w szeroki sposób, aby 2/3 ekranu wypełniała nieistotna dalsza część budynku, by ruch zaczynał się już tam, by cienie zaczęły ruszać się już tam, żeby była taka możliwość.

Identycznie jest ze strachem w jego filmach. Można oglądać Nawiedzony dom na wzgórzu jako jeden z wielu tytułów o wpatrywaniu się w drzwi, w które ktoś uderza z zewnątrz i nie wiadomo, kto to robi. Można też wejść głębiej, ponieważ bohaterowie nie boją się tutaj nieznanego czy też śmierci lub bólu. Każdy strach w tym serialu powiązany jest ściśle z bohaterami, ich doświadczeniami i przede wszystkim ich sumieniem. „The Haunting of Hill House” to horror sumienia, opowiadający o ludziach, którzy popełnili błędy – czasami z niecierpliwości, czasami z niewiedzy, czasami z uprzedzenia. Nie mamy do czynienia z ludźmi skrzywdzonymi przez dom – raczej z ludźmi, na których mroczne siły żerują, ponieważ zostali skrzywdzeni. Mówimy o jednostkach naprawdę zranionych i opuszczonych, którym odmówiono zrozumienia i pomocy. Dwoje ludzi może widzieć jedno wydarzenia na różne sposoby i to jest w porządku, ale problem zaczyna się, kiedy między nimi rodzi się przepaść. Tak naprawdę tutaj dopiero wchodzą mroki nocy, oferując ukojenie i zrozumienie. A żywi cierpią, ponieważ opuścili swoich najbliższych, zawiedli ich albo nie dali im drugiej szansy. Tutaj jump scary są nie tylko rzadkie, ale też są czymś więcej – przypomnieniem, udręką. W typowy dla Flanagana sposób najpewniej nawet nie dostrzeżecie połowy potworów ukrywających się w tle kadru, ponieważ on woli straszyć bez informowania widowni, że ta ma się bać.

Bo czy faktycznie jest się czegoś bać? Ponownie wraca u Flanagana motyw śmierci i zaświatów jako czegoś więcej, jako czegoś wielowymiarowego. Smutek i przerażenie miesza się tam z nadzieją i pięknem. Straszy swoich bohaterów przede wszystkim po to, żeby zaczęli oni sobie z nim radzić i dostrzegli w tym doświadczeniu coś więcej. The Haunting of Hill House jest doskonałym horrorem – straszy, umiejąc jednocześnie wycisnąć ze mnie jedną melodramatyczną łzę, kiedy kończyłem ten tytuł po maratonie krótko po północy. Dał mi dokładnie to, po co przyszedłem, przebijając jeszcze moje oczekiwania i dając o wiele, wiele więcej (odsyłam choćby do ramki). Opowiedziany jest w najlepszy możliwy sposób, jeśli chodzi o narrację nielinearną – umieszcza widza poza czasem i pozwala mu stale przeżywać wszystkie wydarzenia przez ponad 10 godzin trwania, chociaż o większości z nich dowiadujemy się już w pierwszym odcinku (co jest tak ważne dla wszystkich motywów podjętych przez serial!). Sylwetki bohaterów są więcej niż rewelacyjne – siedem z dziesięciu odcinków poświęcono każdemu z bohaterów z osobna, aby to osiągnąć. Efekt jest niewiarygodny, to są jedne z najlepszych postaci powołanych do życia na potrzeby serialu. Znamy ich przeszłość i przyszłość, ich sumienie, ich marzenia. Jesteśmy w stanie ich zrozumieć – decyzje, jakie podejmują, oraz jak to się stało, że wyrośli właśnie na tych ludzi, którymi się stali.

Ten tytuł znajduje się w miejscu, w którym jest po prostu zbyt dużo rzeczy do chwalenia. Nie będę teraz analizować, w jaki sposób serial osiąga to wszystko – w jaki sposób straszy, w jaki sposób sprawia, że darzymy bohaterów tak mocnym uczuciem. W tym miejscu istotne jest tylko, że taki efekt serial na mnie wywarł: wystraszył mnie, a bohaterów było mi zwyczajnie żal. Z wyjątkiem ostatecznej konfrontacji – kiedy schodzili w ciemność, czułem tak naprawdę… ciepło. W końcu spotkało ich coś, co uznali za szczęście. Można to uznać za pozytywny moment, prawda?

Tak samo cieszę się, że zmierzyłem się z tym tytułem. Będę go wspominać i do niego wracać, to jest pewne.