Gra Geralda („Gerald’s Game”, 2017)

Gra Geralda („Gerald’s Game”, 2017)

15 stycznia 2018 Horror 0
Gerald's Game poster
Mike Flanagan & Stephen King
Carla Gugino & Bruce Greenwood
Kameralny & Skromny & Skuteczny

Kameralny soft-thriller ze zdrową dawką samooceny.

Małżeństwo mające ponad dekadę stażu wyjeżdża do domku wypoczynkowego, gdzie będą sami przez cały weekend.

…i to chyba tyle, ile można powiedzieć. Dodam tylko, że jest to skromna historia rozpisana na dwoje bohaterów będących przez większość opowieści w jednym pokoju, a jej tematem jest szeroko pojęta analiza siebie, swojego życia a przede wszystkim: stanięcie twarzą w twarz z samym sobą i tym, kim tak naprawdę jesteśmy. Co myślimy, jak oceniamy i co robimy. Wszystko w formie sprawnie napisanego thrillera. To prosty film, ale też bardzo przemyślany w swoich podstawach – dramaturgia jest znakomita (wyborna bomba czekająca, żeby wybuchnąć bohaterom w twarz), a cały seans to nie tylko ludzie w pokoju, rozmawiający ze sobą. Będą tu fantazje powodowane zmęczeniem, różnego rodzaju wyobrażenia „co by było, gdyby„. Jest tu też najstraszniejszy widok 2017 roku w mojej ocenie.

To z całą pewnością historia, której bohaterowie będą potem chcieli opowiadać o tym, co przeżyli. Oni sami będą uważali, że warto dzielić się i przekazywać innym, co się im przydarzyło. A to zawsze oznaka dobrej fabuły, jeśli nawet jej uczestnicy mają poczucie, że mogą coś wnieść do życia odbiorcy czy pomóc mu ujrzeć coś z perspektywy.

Reżyserem tej produkcji jest Mike Flannagan, to jego drugi projekt realizowany chyba wyłącznie dla Netflixa i to chyba jest jego najsłabsza produkcja do tej pory. Głównie dlatego, że nie miał wiele okazji, by zabłysnąć czymś wyłamującym się ze schematu, co chyba po prostu pasuje do „Gry Geralda„, co pewnie też jest oznaką dobrego artysty (czyli takiego, który nie robi czegoś na siłę). Z całą pewnością mogę go pochwalić za zrealizowanie wszystkich dwuznacznych momentów w filmie – wyraźnie skręcają one w jedną, oczywistą stronę, ale jednak gdy nad tym myślałem, to nie byłem pewny, ile z tego to zasługa moich przyzwyczajeń z innych seansów. Dzięki temu widziałem daną sytuację i byłem w stanie uwierzyć, że mogłaby się ona potoczyć na różne sposoby, a to z pewnością dodało napięcia. Poza tym chcę jeszcze pochwalić poprowadzenie aktorów (wszyscy tutaj zwracają moją uwagę po raz pierwszy w swoich karierach, chociaż niektórych widziałem w tuzinie innych produkcji i nie zostawiali tam na mnie żadnego wrażenia) oraz całą stronę wizualną. To wciąż tytuł oparty na montażu i języku kina, dźwięk jest tu bardzo istotny. Był tu jeden widok, w który do tej pory nie mogę uwierzyć. „Gra…” potrafi być brutalna, mówię wam – przy tym moja ulubiona chwila filmu to (bez zdradzania czegokolwiek) pożegnanie bohaterów. Krótki moment dziwnego piękna.

Jestem z całą pewnością zadowolony z seansu – tylko nie jestem pewien jak bardzo. Możliwe, że do oceny dojdzie kolejna gwiazdka. Na pewno problemem nie jest tu zakończenie, chociaż wielu na niego narzeka. Epilog jednak jest tu bardzo istotny dla drogi bohaterki, jak i całego filmu. Nie ma co go skreślać w całości. A wam polecam seans, jeśli macie ochotę na soft-thriller ze zdrową dawką samooceny. Wracam więc czekać na nowy film Flanagana. Teraz chyba ma przerwę, bo jedynie pisze scenariusz nowej wersji „I Know What You Did Last Summer„. Stranger things…

PS. Ja bym się obrócił, odepchnął nogami od ściany i przeskoczył za barierkę łóżka, i w ten sposób zaczął ciągnąć za sobą łóżko do telefonu czy coś. Dobrze kombinuję, czy też to tylko tak mi się wydaje?

Chcecie więcej?

Polecam wam całą filmografię tego reżysera, naprawdę. Szczególnie „Oculus„, to perełka filmowego opowiadania.