Final Space – sezon I (2018)

Final Space – sezon I (2018)

25 grudnia 2018 Opinie o serialach 0
final space
10 odcinków po 21 minut

Dwie różne połowy sezonu, które nie do końca się dodają. Cóż – liczy się, że druga to perełka space-opery.

Gary to palant. Jeden z tych, o których mówi powiedzenie „Nie dyskutuj z debilem, bo najpierw sprowadzą cię do swojego poziomu”. Żeby zaimponować lasce, przebrał się za ważnego człowieka i zrobił taki burdel, że został za to skazany na pięć lat więzienia. Siedzi na stacji i wykonuje żmudną robotę w samotności, za towarzyszów mając jedynie roboty. Jego los się jednak zmienia, kiedy trafia przez przypadek na małego zielonego stworka o okrągłym kształcie. Nazywa go Mooncake i zatrzymuje go. Nie wiem, że ten łagodny i niewinny z wyglądu stworek ma olbrzymią siłę – i pewien zły człowiek bardzo chciałby go posiąść… Tak zaczyna się barwna historia Gary’ego – palanta, który ma bardzo dużo szczęścia, bardzo mały rozumek, denerwuje wszystkim i puszy się strasznie.

Początkowe odcinki nie reprezentują tego serialu w należyty sposób. Oglądałem tę historię bez zaangażowania i nie miałem pojęcia, czym twórcy chcą mnie do siebie przyciągnąć. Główny bohater jest odpychający! Nie ma pojęcia o tym, co faktycznie złego zrobił; cały czas pakuje swoich towarzyszy w kłopoty i ma o sobie niewiarygodnie wysokie mniemanie. Nie wykazuje najmniejszej chęci na zmianę, nie rozwija się, nie staje się lepszy w żaden sposób. Jest po prostu za głupi, żeby być bezpośrednio złym człowiekiem i to odróżnia go od faktycznych antagonistów w tej produkcji, którzy chcą innych naumyślnie wykorzystywać czy czynić im krzywdę. Pozostałe postaci są już lepsze, dojrzalsze, ale tylko bardziej się krzywię, gdy są skazani na Gary’ego i jego denerwujące zachowanie. Fabuła na początku też nie jest zbyt ciekawa, wydaje się dosyć typowa, a sceny akcji nie pozwalają do końca poznać tego świata. Bohaterowie wydają się nieśmiertelni, przeżyją każdy postrzał czy upadek z wysokości, ale niby też granica jakaś jest i nie mogłem jej wyczuć.

Wszystko zmienia się z finałem szóstego odcinka, gdzie następuje zwrot akcji, a twórcy idą za ciosem aż do końca. Nagle Final Space staje się naprawdę ciężkim tytułem. Bohaterowie umierają, a stawka ich przygód rośnie niesamowicie. Mamy tu podróże w czasie i nie tylko bycie odwiedzonym przez przyszłą wersję współczesnej postaci, ale też to my odwiedzamy osoby, które zdążyły umrzeć. Mamy zwroty akcji, między galaktyczną intrygę, wybory, podejmowanie ryzyka, poświęcanie się, matko jedyna! Miałem skojarzenia z naprawdę wyjątkowymi tytułami… Firefly, Mass Efect 3, Star Wars Rogue One, Farscape, … Niektórym Final Space dorównuje, inne przerasta. Im bliżej finału, tym jaśniejsze było dla mnie, że twórcy naprawdę mają ambicję zapisać się w wyraźny sposób na polu fantasy, sci-fi czy space-opery. Bohaterowie zostali wyraźnie zarysowani (niektórych naprawdę polubiłem!), świat i animacja zwróciła moją uwagę, akcja stała się naprawdę intensywna… Final Space kończy się na naprawdę wysokiej nucie!

Tylko wciąż z tyłu głowy mam, że główny bohater jest palantem, a fakt, że w końcu wybłagał stały związek z miłością swego życia, odbieram jak naplucie w twarz. Ciężka sprawa. Będzie drugi sezon. Z całą pewnością rzucę się na niego, gdy tylko wyjdzie.