Filadelfia („Philadelphia”, 1993)

Filadelfia („Philadelphia”, 1993)

17 marca 2018 Drama 0
Filadelfia plakat
Jonathan Demme & Howard Shore & Bruce Spreengsteen
Tom Hanks & Denzel Washington

Polecam oglądać, jak będziecie przeziębieni. Gwarantuję niezapomniane wrażenia.

 

Młody adwokat Andrew Beckett zostaje zwolniony z pracy pod fałszywym pretekstem – ktoś podwędził mu ważne dokumenty, bez którym jego pracodawca nie mógł funkcjonować. W efekcie Andrew zostaje zwolniony za niekompetencję. Andrew podejrzewa, kto zabrał mu te dokumenty i planuje iść z tym do sądu.

Filadelfia” dzieli się wyraźnie na dwie części, które na szczęście się przekładają. Pierwsza to wielki sukces reżysera, dzięki któremu ta wielotematyczna i wielowątkowa historia jest całością o wszystkim jednocześnie: o tragedii zawodowej Andrew, o jego tragedii prywatnej (odkrył, że ma AIDS) albo o Joe, który nie może znieść widoku homoseksualisty, ale zgadza się poprowadzić i wygrać sprawę Andrew. To film o systemie prawnym, w którym silny może robić więcej, to też opowieść o relacjach międzyludzkich w czasach, kiedy AIDS był jeszcze nowością i większość ludzi nic nie wiedziała na ten temat, albo też nie wierzyła i „wiedziała lepiej„, jak AIDS się przenosi. To w końcu śmiertelne. Ludzie byli ostrożni.

Nie jest łatwo powiedzieć, o czym „Filadelfia” jest. To jeden z tych przykładów scenariuszy, w których jedna linia fabularna jest tylko przykrywką dla wielu innych. Wszystko rozgrywa się jednocześnie, jeden wątek wpływa na pozostałe. Całość zrealizowano dynamicznie, w biegu. Ogląda się to z przyjemnością.

Druga część „Filadelfii” to sceny w sądzie i tutaj sprawa wygląda zupełnie inaczej. Przede wszystkim, realizacja rozprawy stoi mocno w tyle za współczesnymi widzami. Uproszczono ją do tego stopnia, że nawet pierwszej przemowy obrońcy pracodawcy Andrew nie możemy brać na poważnie. Po pierwszym zdaniu adwokat Andrew powinien krzyczeć „sprzeciw” i tak dalej, bo obrońca wyraźnie manipulował ławą przysięgłych, sugerował im odpowiedzi, podawał własną ocenę i opinię jako fakty itd. Dlaczego tak to uproszczono? W końcu na wiele dekad przed „Filadelfią” powstawały wymagające i realistyczne dramaty sądowe, nie było więc takiej potrzeby ze strony widowni.

Otóż zrobiono to, aby lepiej wybrzmiał morał całej historii. W tej części już nie ma się wątpliwości, o czym „Filadelfia” jest, i to jest przekazywane w ciężki sposób. Nie ma żadnego śledztwa, aby ustalić, kto zabrał papiery. Nikt nie podejmuje się udowodnić, że zrobić to pracodawca. Nie rozważają nawet innych opcji, kto mógł za tym stać. Tu już nie chodzi o historię lub bohaterów. Istotne jest tylko powiedzieć, że ludzie są uprzedzeni, chociaż nie powinni. Po 25 latach to już średnio nadaje się do oglądania. Na pewno dalece mniej od scen rozgrywających się poza sądem, w których bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, kochają, cierpią, słuchają muzyki (scena słuchania opery!), gdzie reżyser ma chęć i wykazuje się pasją, gdzie soundtrack słychać wyraźnie niemal cały czas… I jeszcze te zdjęcia!

Warto im poświęcić oddzielny akapit, bo niemal każde ujęcie w scenach, w których ludzie są blisko siebie… One wywołują niepokojące odczucie. Odrzucające. Operator stawia tutaj widza w sytuacji, jakby to on był chory, oceniany. Patrzyłem na twarze na ekranie i zastanawiałem się, co oni chcą zrobić, co sobie myślą i przed czym się powstrzymują. A widać było, że są gotowi do działań siłowych, tylko też sami boją się dotknąć zarażonego. Naprawdę polecam wam obejrzeć „Filadelfię” będąc przeziębionym, kaszląc co chwilę. Niezapomniane wrażenia!

Mam jeszcze jeden problem z tym tytułem – zakończenie. Jest dokładnie takie, jak przewidujecie. Nie jest złe, niczego filmowi nie ujmuje, ale też niczego nie dodaje. Jest, aby był, to wszystko. Przynajmniej jest krótkie. A część z sądem nie była wyjątkowo obszerna (przynajmniej takie mam wrażenie), więc nie będę już narzekać. Warto zobaczyć!