F/X (1986)

F/X (1986)

7 maja 2018 Akcja 0
FX
Brian Dennehy
Kochajmy speców od efektów specjalnych & Tak łatwo mogą znaleźć lepszą pracę

Sympatyczne kino akcji lat 80. wyróżniające się pomysłem. Przekleństwa, krew i zabawa na poważnie.

Film składa się z wielu elementów, jednym z nich są efekty specjalne. To dosyć szeroka kategoria, pod którą podchodzi robienie sztucznej skóry, spod której będzie wypływać „krew” po cięciu nożem, aż po tworzenie mechatronicznych kukiełek potworów. Rollie jest specem od takich rzeczy, dlatego zostaje wynajęty, aby sfingować zamach na świadka koronnego. Gdy będzie uważany za martwego, nikt nie będzie go chciał zabić naprawdę, racja? Coś jednak idzie nie tak i świadek ginie naprawdę, a nasz bohater jest ścigany przez policję pod zarzutem morderstwa. Musi uciekać i udowodnić swoją niewinność wykorzystując swoje pirotechniczne sztuczki.

Tak po prawdzie jest to średniak z masą schematów, które umarły kilka dekad temu, ale amatorzy kina wciąż się z nich śmieją, jakby można było je spotkać we współczesnym kinie. Ot, choćby czarny komisarz kłócący się z policjantem, który „jedzie mocno po bandzie„. Czarny charakter mający wynajętych pomocników chodzących po jego posesji z karabinami w rękach. Realizacja strzelanin, szamotania się z napastnikiem uzbrojonym w broń, tego typu rzeczy – jak dziś to oglądam to nawet mam zabawę, ale trzy dekady temu tak wyglądał co drugi popularny tytuł w kinach. Stąd mit o schematach kina akcji i do dzisiaj śmiejemy się, że policjanci umierają, mając dwa dni do emerytury, chociaż sam to widziałem może w dwóch tytułach. W podobny sposób pewnie za 30 lat filmy Marvela będą świeże.

Wracając do pomysłu – nie chodzi tylko o niego, chociaż jest naprawdę genialny. Tyle się mówi o niedocenianiu różnych zawodów, a najwyraźniej wystarczy zamieszać osobę wykonującą dany fach o morderstwo i mamy świetny punkt wyjściowy do filmu. Coś podobnego zrobił Kieślowski z autorami kostiumów w „Personelu„. Teraz kolej na kompozytorów, operatorów, makijaż, producentów oraz operatorów wózków widłowych. Nowocześni pracownicy biurowi dostali cały serial na blisko 200 odcinków, operatorzy wózków też zasługują na miłość.

I to właśnie miłość czyni sam pomysł czymś więcej. Bohater nie tylko wykonuje ten zawód, on go kocha, a wokół niego są osoby znające jego dotychczasowy dorobek artystyczny i go wielbią. Znają tytuły produkcji, z których pochodzą kolejne potwory wykonane jego rękami i rozumieją, czemu żyje otoczony takimi przerażającymi rzeczami. Dla nich to naturalne – czują tę magię i doceniają ją. Nie jest to do końca taka klasyczna miłość do filmów, ale to ona czyni ten obraz czymś więcej. I dlatego warto „F/X” zobaczyć.

Bawiłem się dobrze. Na tyle, by obejrzeć do końca, ale nie na tyle, by sięgnąć ponownie po drugą część (jest jeszcze serial, caramba). Przynajmniej nie w tej chwili.

PS. Naprawdę tęsknię za czasami, kiedy jedna osoba mogła powiedzieć drugiej „Go fuck yourself” w ten zabawny sposób. „48 godzin„, „Robocop” i teraz „F/X„.

Trivia

Robert Mandel, reżyser „F/X„, bardziej znany jest z dokonań telewizyjnych. Zrobił choćby pilotażowy odcinek „X Files„, szósty odcinek „Prision Breaka” (czyli jeden z tych dobrych) oraz „Deus Ex Machina„, czyli 19 odcinek pierwszego sezonu „Lost” (w którym Sawyer musiał założyć okulary).