ET (1982)

ET (1982)

31 marca 2018 Kino familijne 0
ET poster
Steven Spielberg & Melissa Mathison & John Williams
Henry Thomas & Drew Barrymore & Dee Wallace
Przedmieścia & Rowery & Coca Cola

Jestem oczarowany. Przygoda i odkrywanie w stanie czystym, ponadczasowe i uniwersalne.

 

Parę dni temu usłyszałem wypowiedź Rogera Eberta o języku filmowym, którego używa Spielberg. Konkretnie chodzi o ukazanie tajemnicy – w większości produkcji używa się do tego mroku. Spielberg używa jednak światła, dzięki czemu utożsamia nieznane z nadzieją i pozytywną energią, zamiast zagrożeniem i niebezpieczeństwem. To jest szczególnie częste w jego tytułach adresowanych do młodszej widowni, a w „ET” rzuca się w oczy od pierwszych minut, kiedy widzimy coś, czego jeszcze nie rozumiemy – zamieszanie nocą w lesie, grupę ludzi z latarkami goniących za czymś po lesie. Ludzie gubią trop, podczas gdy obiekt gonitwy wędruje do domu na przedmieściach Los Angeles, gdzie zawiera przyjaźń z małym chłopcem – Elliottem.

ET” to kino niewielu słów czy wyjaśnień – zamiast tego jest tu dużo obserwacji i oglądania. Spielberg nakręcił tę historię w bardzo zaawansowany sposób, przeplatając obraz na ekranie masą warstw i symboli, jednak wszystko to zrobił w niewidzialny sposób, przystępny dla dzieci. I właśnie rozpiętość pomiędzy tymi dwoma faktami urywa mi łeb jako kinomanowi, ale jako widzowi mój łeb jest urywany przez film sam w sobie. Nie tylko przez to, jak efekt w filmie został osiągnięty, ale też przez efekt sam w sobie. Jestem pod wrażeniem filmu „ET„, jestem oczarowany, urzeczony i po seansie zachowywałem się jak dziecko, które nie wie jeszcze, co powiedzieć, po doświadczeniu czegoś tak nowego i wyjątkowego, jak seans filmu.

Wydaje mi się interesujące, że nie czułem tego jako dziecko, ale czuję jako dorosły.

Olśniewa mnie prezentacja bohaterów (zupełnie jak w „Szczękach„, Elliott musi walczyć o uwagę swojego rodzeństwa i matki, ale jej nie dostaje i w ten sposób szybko go rozumiemy – poprzez działania bohatera!) albo ukrywanie przed widzem twarzy dorosłych przez niemal cały film. Z drugiej strony czerpałem przyjemność ze stawienia czoła temu doświadczeniu razem z bohaterami – akceptacja nieznanego, poznanie go i zrozumienie. Jedynie gdzieś z tyłu głowy świtało mi, że to przecież czysto filmowa przygoda, pozbawiona dialogów i tajemnicza, ale przy tym zrozumiała i fascynująca. W kulturze popularnej „ET” jest utożsamiane z tekstami w stylu „ET phone home” albo ujęciami na rower lecący na tle księżyca, ale dla mnie najważniejsza jest scena w szkole, w której podczas lekcji biologii uczniowie mieli ciąć żaby, ale Elliott, wykorzystując doświadczenie z pozaziemskim przyjacielem, zaczyna rozmawiać z płazem i wypuszcza go na wolność. W końcu o tym ostatecznie jest ta historia – o chłopcu, który na początku nie umie się wybić na tyle, by dołączyć do gry z kolegami brata, ale na koniec jednym zdaniem angażuje ich do współpracy. Dlatego też tak wiele obszarów historii jest nieznanych. Scenarzystka obcięła fabułę do niezbędnych rzeczy, skupiając się wyłącznie na dostarczeniu doświadczenia, a fakt, że udało się znaleźć w tym niezbędny balans i sprawić, żeby „ET” działał… Nie mam słów. Ten film działa. Po prostu działa. Mogę poświadczyć samym sobą. Jest magiczny.

PS. Czym, u licha, jest „penis breath” i jak ktoś może tym zostać?
PS2. Czy oni musieli pedałować po wzbiciu się w powietrze? Moja teoria jest taka, że za tym stoi ta sama technologia co za świecącymi butami. Dzięki nim biegaliśmy szybciej, ale wciąż musieliśmy przebierać nogami, aby je uruchomić. Zgadzacie się ze mną?

W sprawie serialu "Stranger Things"...

Kiedy zobaczyłem pierwszy sezon, to stwierdziłem, że jest to kopia dokonań Spielberga czy Kinga. Nic oryginalnego, nic od siebie – nuda. Teraz obejrzałem „ET” pierwszy raz od czasów podstawówki i ta produkcja wciąż ma w sobie magię, chociaż od premiery minęło blisko 40 lat. Nie ma w niej też nic, czego nie można byłoby zrealizować dzisiaj, to uniwersalne i ponadczasowa produkcja. „ET” dałoby radę zrobić i dziś, nie ma problemu, gdyby tylko autorzy „ST” chcieli, to by im się udało. W takiej sytuacji ten serial jawi się dla mnie jako jedna z tych podrób, które trafiały kiedyś na DVD, w rodzaju „Pacific Grim„, kiedy w kinach nadawano „Pacific Rim„. Ludzie nabierali się, kupowali, a potem w domu był płacz oraz samobójstwo. To były tylko skoki na kasę i udawanie czegoś. Nie mam w sercu nostalgii do „ET„, przed powtórką dawałem tej produkcji 3/10 i ogólnie „Spielberg to sentymentalny ćwok„. Teraz zobaczyłem ją jakby pierwszy raz, pokochałem i czuję, że samo istnienie takiego „Stranger Things” jest obrazą dla przygód Elliotta i jego przyjaciela. Twórcy serialu w ogóle nie włożyli wysiłku w zrozumienie, czemu coś się udało w tamtym filmie, chcieli tylko udawać i w ten sposób zaistnieć. Co za bezczelność…