Druga strona wiatru („The Other Side of the Wind”, 2018)

Druga strona wiatru („The Other Side of the Wind”, 2018)

12 listopada 2018 Opinie o filmach 0
druga strona
Orson Welles
John Huston & Peter Bogdanovich

Deklaracja, bunt, akt i kino odkryte przez mistrza na nowo. Z tym trzeba zmierzyć się samodzielnie.

Orson Welles wrócił w latach 70. do USA po dwóch dekadach pobytu w Europie. Planował nakręcić arcydzieło i to zrobił, ale film ten nigdy nie został dokończony. Po latach nagrany materiał został zmontowany według wskazówek mistrza i właśnie został wypuszczony na Netfliksie – „Druga strona wiatru” opowiada o ostatnim dniu reżysera filmowego, który tworzy arcydzieło. Na zmianę oglądamy więc jego prywatne życie oraz tytuł, który nakręcił. Dwa filmy w jednym.

Równolegle na Netfliksie pojawił się dokument opowiadający o historii „Drugiej strony wiatru„. Rzuca on światło na zamiary Wellesa i pozwala zrozumieć jego sytuację – zarówno myśli wobec tego, co chciał stworzyć, jak i jego sytuację osobistą, czyli jakim był wtedy człowiekiem. Ma to wpływ na odbiór samej produkcji – kariera tego wielkiego reżysera była w końcu tragiczna. Nie mógł kończyć zaczętych filmów, a nad skończonymi nie miał pełnej władzy (studio rujnowało jego pracę w montażu). „Druga strona wiatru” miało być komentarzem wobec tego. Trzeba też mieć na uwadze zmianę w tamtych czasach – Orson Welles zaczął jako człowiek zainspirowany Szekspirem oraz bohaterami tragicznymi, przeklętych już na starcie, ich los był przesądzony. Gdy kręcił swój debiut, w biznesie dominował styl klasyczny. I chociaż „Obywatel Kane” był jednym z pierwszych tytułów, które zaliczały się do kina środka, to nijak się ma to tego, co przyszło kilka dekad później wraz z Francuską Nową Falą oraz New Hollywood. Mówimy tu o człowieku, który odkrył na starość nowy wymiar kina, zachwycił się nim i znalazł w nim wolność porównywalną z tą, którą dawało mu tworzenie samo w sobie.

Jak więc się ogląda „Druga strona wiatru„? Byle jak, powiem wam. Oglądam i oglądam i nie czułem, że ten film w ogóle się zaczął. Gdy się skończył, to nie czułem, żeby się skończył.

Najlepsze podsumowanie tego filmu w mojej opinii należy do pewnego Internaty, który napisał, że „Druga strona wiatru” jest Orsona Wellesa własnym „Rosebud”. Ostatnim słowem wypowiedzianym za życia, które po śmierci musi stanowić klucz do osobowości zmarłego. Udzielić odpowiedzi na to, kim jest, a w procesie próby złamania tego klucza odkryjemy tylko, że nie możemy się zbliżyć do odpowiedzi. Mówi się, że Welles kręcił w kółko jeden i ten sam film, że sam stał się bohaterem swojego debiutanckiej produkcji. Jaka jest więc różnica między tamtym tytułem oraz jego ostatnim? „Obywatel Kane” przecież też nie dawał żadnych odpowiedzi i po latach mogę do niego wracać, aby odkryć coś nowego: zastanowić się nad celem tej lub innej sceny albo znaleźć odpowiedź na pytanie, które zadałem sobie lata temu.

Różnica na pewno polega w konstrukcji całości – „Obywatel Kane” wciąż mimo wszystko opierał się na klasycznych zasadach. Miał wyznaczony cel oraz drogę, a brak odpowiedzi oraz jej udzielenie było wyraźnie zaakcentowane. To był film otwarty, ale jednocześnie wyraźnie nawiązujący relację z widzem. „Druga strona wiatru” taka nie jest. I nie daję jej drugiej szansy, nie zastanawiam się nad nim bardziej, ponieważ… podejrzewam, że jego wymowa jest dosyć oczywista. Orson Welles sam nie był fanem „Obywatela…„, wyżej cenił bodaj „Pana Arkadina„, którego fanem z kolei nie jestem ja – a to tylko początek tego, jak mnie oraz mistrzowi nie jest po drodze na poziomie osobistym*. Ja nie jestem zafascynowany choćby francuską nową falą. „Druga strona wiatru” to kino improwizacji, przyjmowania przypadku i umieszczania go w filmie, celebracja braku barier oraz wolności dla samej wolności. To wyraz bólu z powodu ingerencji obcych ludzi w proces twórczy, jak i akt pogodzenia się z tym. To nie jest film jako medium do opowiedzenia historii. To medium użyte do wystawienia deklaracji przez Orsona jako artystę. Ono nie miało mówić czegoś konkretnego – ono miało coś wyrazić. Nie poprzez słowa postaci lub ich losy, ale poprzez obraz. W jego chaosie oraz brakujących scenach jest niewymawialna pustka, a także bunt. Bunt oparty na odmowie.

*chociaż akurat łamanie zasad, żeby coś tym złamaniem wyrazić, jest też po mojej stronie. Widać to choćby po tym tekście. Użyłem zwrotu „Oglądam i oglądam i nie czuję” – nie jest ono poprawne, utrudnia czytanie, ale wyraża, co chciałem zakomunikować. Przygotujcie się więc na dwie godziny czegoś takiego, jeśli zabierzecie się za seans.

Jest więc to tytuł, z którym trzeba zmierzyć się samodzielnie. Całkiem prawdopodobne jest, że coś z niego wyciągnięcie. A jeśli nie… W takim wypadku wciąż pozostanie nam fenomenalnie zrealizowana sekwencja seksu w samochodzie. To widok, którego nie wypada nie zobaczyć.

Reszta należy do historii.