Kierowca („The Driver”, 1978)

Kierowca („The Driver”, 1978)

5 stycznia 2019 Opinie o filmach 0
driver
Walter Hill
Ryan O’Neil & Bruce Dern & Isabelle Adjani

Najlepsze pościgi, jakie na oczy widziałem. I geneza tego #@$%#& treningu w „Driverze”.

Główny bohater nie ma imienia. Zresztą nie tylko on, bo nikt w tym filmie nie ma imion. Nasz protagonista to po prostu Kierowca. Czasami mówią o nim Kowboj. Czeka w samochodzie, aż jego współpracownicy skończą dokonywać napadu. Wybiegają z budynku, wsiadają do auta i wtedy zaczyna się rola naszego protagonisty: ma zgubić pościg. 10 minut i oto naszym oczom ukazuje się największa zaleta The Driver: pościgi. Na poziomie realizacji widać tutaj starą szkołę New Hollywood, ponieważ reżyser postawił niemal wyłącznie na zmiany perspektywy pomiędzy nieruchomymi kamerami – jedna z przodu pojazdu, druga z tyłu, trzecia pokazuje pasażerów, czwarta kierowcę, kolejne ustawione są na drodze i dosłownie parę razy wprawiono je w ruch. Ten jest tylko przed kamerą. Akcja pozbawiona jest zazwyczaj muzyki – słyszymy wyłącznie dźwięki silnika i demolki będącej efektem rozbijania się na ulicach. Realizacja jest więc jednym, ale czym innym jest treść tych pościgów. Otóż pierwszy raz czułem, że policjanci nie są idiotami. Stanowią prawdziwe wyzwanie dla naszego bohatera, żeby się ich pozbyć. Nie trzeba było zarzucać go dwudziestoma radiowozami, wręcz przeciwnie – każdy z nich jest niczym terrorysta w Die Hard: pozbycie się któregokolwiek jest znaczące. I faktycznie trzeba się ich pozbyć, czyli wyeliminować z ruchu. Dochodzi do stłuczek, kolizji, grania w tchórza i kasacji kolejnych pojazdów. Policji w tym filmie nie można wyminąć, objechać lub wystrychnąć na dudka – oni będą gonić bohatera i walczyć, póki koła ich samochodów będą w stanie się kręcić. Pościgi w The Driver wyglądają jak dzieło kogoś, kto faktycznie ma prawo jazdy. W porównaniu z nimi prawie cała reszta kinematografii samochody musiała widzieć tylko w serii GTA.

A skoro o grach piszę – jakby ktoś chciał poznać genezę znienawidzonego powszechnie treningu w pierwszym Driverze, to chyba trzeba podejrzewać właśnie film The Driver. Na tym jednak lista inspiracji się nie kończy. Bullit z Samurajem wpłynęli na The Driver, a ten wpłynął na Drive Refna i Baby Driver Wrighta.

Wracając do samego filmu – błyszczy on jeszcze na poziomie ukazania losu przestępcy. Nie chodzi tylko o zacieranie śladów po sobie poprzez oddawanie „ściganego” auta na złom, ale ogólnie o oddanie ryzyka związanego z takim stylem życia. W momencie możliwości bycia wykrytym postaci pozbywają się fantów i dają nogę – cała operacja na marne, ale uszli z życiem i policja nic na nich nie ma. Niewiele jest momentów w The Driver, kiedy przestępstwo faktycznie się popłaca, a mówimy tu o oglądaniu zawodowców grających o wysoką stawkę. Planuję, ryzykują i najczęściej guzik z tego mają, ale próbują dalej.

To powiedziawszy – film ten nie ma wielu innych mocnych punktów. Fabuła to proste „policjant polujący na przestępcę” bez większych zwrotów akcji. Bohaterowie nie są ciekawi, co nie znaczy, że nie są dobrze zagrani. Ryan O’Neil idealnie prezentuje swojego bohatera: bezimiennego człowieka pozbawionego domu, rodziny i jakiegokolwiek innego stałego punktu w życiu poza radiem nastawionym na stację country. Skuteczny i podchodzący do wszystkiego na chłodno, ale jednocześnie widać, że taki styl życia go smuci i wyraźnie dzieje się pod jego maską więcej niż pozwolono nam się dowiedzieć. Na drugim planie towarzyszy mu Bruce Dern z włosami oraz Isabelle Adjani w swoim pierwszym Hollywodzkim tytule po tym, jak w Europie grała u Polańskiego, Herzoga czy Żuławskiego.

Nie mogę więc ocenić wyżej, ale t tytuł, który naprawdę polecam: surowy, dojrzały, poważny, trzymający w napięciu. Jeden z najlepszych w karierze Waltera Hilla, obok jego 48 godzin, Wojowników i pilotażowego odcinka Deadwood. Obejrzyjcie – nawet jeśli tylko dla pościgów.