Disaster Artist (2017)

Disaster Artist (2017)

9 lutego 2018 Biograficzny 0
disaster Artist poster
Alison Brie & Jacki Weaver & Josh Hutcherson & Sharon Stone & Zach Braff & Bryan Cranston

Bracia Franco oraz śmietanka Hollywood w opowieści o powstawaniu najgorszego filmu w historii i próbie znalezienia w nim czegoś więcej.

Spodziewałem się czegoś innego. A robiłem to na podstawie reakcje innych ludzi oraz recenzji, które budowały obraz „The Disaster Artist” jako znacznie głębszy, ciekawszy, żywszy i bogatszy. Spodziewałem się otrzymać opowieść o twórcy, który zrealizował marzenia, ale w momencie premiery swojego został zraniony, bo ludzie odbierali jego dzieło zupełnie inaczej, niż przewidywał – a to jest cholernie ciekawe! Ten moment, kiedy twórca pokazuje swoją twórczość komuś obcemu – wtedy dzieje się prawdziwa magia, wtedy wszystko jest możliwe i nigdy nie warto przewidywać, co się stanie. Ta chwila, kiedy ktoś reaguje na to, co tworzysz, jest jednym z najlepszych powodów do tego, by każdy coś stworzył. Nawet jeśli to nigdy nie wyjdzie poza twoją rodzinę, wciąż warto – dla siebie, by poznać to uczucie. Jeszcze lepiej, jeśli jesteś rozumiany, chociaż stworzyłeś całkowitą fikcję i abstrakcję. Temat tworzenia i odbioru to intrygujący motyw, o który można oprzeć mnóstwo historii, ale żadna z nich nie będzie łatwa, dlatego tym bardziej liczyłem właśnie na „Disaster Artist” – film, który jak się zdawało, zrozumiał to.

Cóż, nie do końca. Zabrakło podsumowania, wyzwania dla bohaterów, konsekwencji w działaniach postaci oraz utknięto w segmentach historii, które trzeba było zrobić, ale nie mieli pomysłu, jak ciekawie je przedstawić. Są jak kula u nogi narratora i to czuć podczas oglądania. Jednym zdaniem: zabrakło solidnego scenariusza.

Zrobienie filmu w „Disaster Artist” wcale nie jest wyzwaniem. Bohater ma pieniądze. Zbiera ludzi i zaczynają kręcić, to wszystko. Najwidoczniej kwestia zrobienia filmu to wyłącznie sprawa środków finansowych. Postaci kilka razy stoją przed wyzwaniem: wybrać film czy coś innego – i w żadnym momencie te wybory nie mają większego znaczenia. Wielokrotnie podczas kręcenia wybuchały na planie konflikty – czy któryś do czegoś doprowadził? Nie. Fabuła bez zaskoczeń przechodzi od punktu do punktu – bohaterowie poznają się, robią film, premiera. Lecą inspirujące napisy i kończymy seans, a ja czuję się, że twórcy wybrali najbezpieczniejszą drogę, jaką mogli. Nie podjęli ryzyka, nie mieli nic do dodania, do powiedzenia – robiąc film o filmowej legendzie. „The Room” to dla wielu zagadka, dlaczego akurat właśnie ten tytuł tak mocno rezonuje z widownią, czemu akurat do tej produkcji wracają, co ona dla nich znaczy? Na YouTube jest znakomita recenzja, w której autor wystawia teorię, że chodzi o pasję twórczą. I ją widać na ekranie – efekt to jedno, ale ludzie widzą, że to nie jest jakaś tam polska komedia romantyczna. Nie, „The Room” to katastrofa będąca spełnieniem czyichś marzeń. Najgorszy film świata, za którym reżyser po dziś dzień stoi murem i jest dumny z tego, co zrobił. Akceptuje, że ludzie widzą je inaczej, on widzi je inaczej i nie ma drugiego takiego przypadku w historii – przynajmniej na taką skalę. Film, który jest obiektem kpin, żartów, ale też zrozumienia. Film, na którym ludzie się śmieją z poważnych scen, ale w każdym żarcie pobrzmiewa też jakaś forma „Dziękuję”. Łatwo jest usiąść i napisać satyryczny post na forum, a następnie przejść do pisania kolejnego i zapomnieć o tym poprzednim. Łatwo też się takie filmy robi – ale stworzyć produkcję, którą widzowie będą kochać i powracać do niej, pomimo napisania o niej wszystkich możliwych żartów? „The Room” jest unikalny. Dlatego robiąc „The Disaster Artist” Franco i reszta powinni mieć więcej do powiedzenia.

Trudno robić film o robieniu filmu, bez pokazania jak był robiony, dlatego zrozumiałe jest, że tego typu sceny tu są. Gorzej, że w trakcie oglądania czułem się, jakby twórcy ekranizowali tylko żarty Nostalgia Critica i to wszystko. W scenie łóżkowej operator kamery dziwi się, że aktor zachowuje się, jakby wkładał penisa gdzieś na wysokości pępka swojej partnerki. I to tyle, następna scena. Różnica jest jednak taka, że to nie tylko komentowania gotowego filmu – nie, byli w trakcie kręcenia! Mieli reżysera na planie, mogli zapytać, co on robi, cokolwiek, byle tylko pociągnąć wątek. Może coś w ten sposób powiedzieć o tych ludziach, o samym reżyserze lub nawet całej produkcji. Tego jednak nie ma. Jest żart Nostalgia Critica i tyle.

Zakończenie z kolei mówi wyraźnie: twórcy „DA” nie mieli pomysłu, co z tą historią zrobić po tym, jak pokażą proces kręcenia „The Room„. Dlatego dostajemy tanią wymówkę i film się kończy. Intencje pewnie były dobre, ale to bardziej opowieść o dupku, który miał farta – chciał zrobić dramat, wyszła mu komedia, ludzie wciąż chcą to oglądać. Koniec historii. Nie ma tu pierwiastka uniwersalności, dzięki któremu byłaby to historia o tworzeniu, sztuce lub zrozumieniu. Najlepiej na seansie bawiłem się, kiedy bohaterowie poznawali się na początku. Pomyślałem wtedy, że Tommy to taka postać, którą dobrze mieć na tym świecie. Żyjący chwilą, zafascynowany sztuką i możliwościami ekspresji, umiejący rozpocząć próbne czytanie sztuki podczas posiłku w jadłodajni przy tych wszystkich ludziach wokół… Jest w tym coś ładnego. Podobnie jak w całym „Disaster Artist„, na który to tytuł trudno jest mi się nie gniewać. Mógł być o wiele lepszy, to wszystko.