Dekalog (1988-1990)

Dekalog (1988-1990)

27 grudnia 2013 Drama 0
dekalog plakat
Krzysztof Kieślowski

Poniżej zawieram swoje opinie o filmach z serii „Dekalog” oraz o „Krótkich filmach”

Nie będziesz mieć bogów cudzych przede mną„, zobrazowane przy pomocy ojca matematyką, pokładającego całkowitą wiarę w nieomylność liczb. Można to oczywiście odczytywać w płaski religijny sposób – ja wolę widzieć w tym przypowieść o niepoleganiu na obcych siłach, tylko na sobie samym. I byciu odpowiedzialnym.

I to wszystko. Seans trwa 55 minut i jest bardzo prosty. Precyzja scenariusza jest idealna, nie ma tu elementu zbędnego lub takiego, który został nie do końca rozbudowany. Świat zbudowano, postaci stworzono, i każdy element składowy doznał spełnienia. Jedynie do końcówki mam zastrzeżenia, trochę się ciągnie. Narracja filmowa poprowadzona bezbłędnie.

Humanitarny film. Bardzo go lubię.

Nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno„, czyli dramat kobiety, której mąż prawdopodobnie umrze. Jego zgon będzie oznaczać, że zatrzyma dziecko, które ma z innym mężczyzną. Jeśli wyzdrowieje, będzie musiała dokonać aborcji, co z kolei oznacza, że straci życiową szansę, by mieć potomka.

Dramat niekoniecznie pode mnie, do tego całe założenie ma jeden konkretny problem: niewiele można z nim zrobić poza czekaniem i życiem ze świadomością tego, co nadciąga. Nie ma tu miejsca na akcję, więc… jest trochę monotonnie. Szczególnie pierwsze 15 minut miało problem by mnie „chwycić”. Potem jest nieco lepiej, Janda razem z głosem Fronczewskiego sprawiają, że tej historii nawet nie idzie kwestionować. Akceptuje się jej reguły i czeka na rozwój wydarzeń.

Nie bardzo widzę związek z dekalogiem. Domyślam się, że chodzi o to, iż czasem nie wiadomo, o co prosić, ale wybór zostanie podjęty, w tę lub drugą stronę, i trzeba się zdecydować. I lepiej najpierw to dobrze przemyśleć. Takie sobie.

Końcówka wiele dodaje do finalnej oceny. Ciekawe, czy zaplanowali to ujęcie ze szklanką…

Dzień święty święcić„. Dosyć naturalne, że wybrano Wigilię jako czas akcji. Janusz gra Mikołaja przed dziećmi, potem do Kościoła. Na ulicach pusto, dzieci idą spać, dorośli przy kieliszku składają sobie życzenia… i tu do drzwi dzwoni domofon. Janusz udaje, że ktoś go poinformował o typie kręcącym się koło jego samochodu. Tak naprawdę jednak schodzi na dół i spotyka tam Ewę. To ona dzwoniła. Edward zaginął, chce by Janusz pomógł go jej szukać.

Film niemal kryminalny, bo i zagadka naprawdę wciągająca. Kim są dla siebie Ewa i Janusz, jaka jest ich przeszłość, co stało się z Edwardem? Fabuła jest naprawdę satysfakcjonująca, rozgrywająca się w ciągu kilku godzin, od późnej nocy do wczesnego ranka. Klimat polskich świąt, polskiego miasta, noc i Kieślowski. Tym razem nie jestem do końca pewien – inni piszą, że „święcić” oznacza wg filmu „spędzanie tego dnia z wyjątkową osobą”, ale nie jestem przekonany, by tylko o to chodziło. Podczas gdy wcześniejsze „Dekalogi” można wyraźnie na różne sposoby interpretować w związku ze swoim mottem, tak ten nie wydaje się mi z nim powiązany.

Dlatego traktuję go jako najsłabszy do tej pory, ale też bardzo ciekawy i stanowiący w pewnym stopniu wyzwanie dla oglądającego. Narracja filmowa czy skalowanie obrazu do czasu, który mają, jak zwykle, bezbłędne. Może z wyjątkiem sceny, w której opowiadają sobie, jak spędzili tamten wieczór… mało naturalne i płynne.

Szanuj swoich rodziców„. Tego epizodu obawiałem się, bo nie podoba mi się idea kazania komuś szanowania drugiego człowieka. Kieślowski obrazuje to przekazanie zupełnie od drugiej strony – uczy o tym, że rodzicem nie jest się z automatu, tylko trzeba na to zapracować. Historia: Michał przed wylotem w sprawie służbowej zostawia (przypadkiem?) swojej córce Annie list, zatytułowany „Otworzyć po mojej śmierci”. Anna jest już dorosła, uczy się aktorstwa, i długo ze sobą walczy, by zajrzeć do koperty. Jednak gdy ojciec wraca do kraju, ona na lotnisku recytuje mu z pamięci cały list, który napisała jej matka, która umarła parę dni po jej urodzeniu. A w nim stoi jak byk, że Michał nie jest ojcem Annny…

A potem wszystko się zmienia. Główny motyw związany z dekalogiem odchodzi na bok, a wszystko skupia się na dwójce głównych postaci, ojca i przyszywanej córki, którzy zaczynają prowadzić dialog… bardzo mi przypominający Ayn Rand. Dwoje ludzi próbujących się nawzajem poznać, rozszyfrować, dojść do prawdy, do samego sedna o sobie samym i tej drugiej osobie. Jakie były intencje za każdym ruchem i słowem? Tylko czytając „Atlas zbuntowany” miałem poczucie równie głębokiego wejścia w czyjąś psychikę.

Jak nazwać relację dwojga ludzi, którzy żyją ze sobą tak długo, kochają się, ale przecież nie są rodziną? A to dopiero początek. Nie chcę wiele zdradzać, ale to kolejny niezwykle ciekawy i pomysłowy film Kieślowskiego. Z jeszcze lepszym cameo Barcisia niż w „Trójce„.

Nie zabijaj” – czyli „Krótki film o zabijaniu” obcięty o jakieś pół godziny. Chłopak zabija taksówkarza i teraz czeka go wyrok śmierci. W tym wypadku mniej znaczy… mniej. Teraz jest to historia bardziej nakierowana na konfrontację dwóch zabójstw, obu brutalnych, bezosobowych i nienaturalnych, do tego obrzydliwych. Dobrze się stało, że wydano również wersję rozbudowaną, z dłuższym początkiem, dodatkowymi scenami, które dodają kolejny wymiar tej historii. Tamta jest ciekawsza i bardziej szokująca. A także – ją pierwszą obejrzałem.

Dekalog V” sam w sobie – to dobry film. Początkowe monologi o prawie to znakomity wstęp, pomysł z brunatnym filtrem obrazu znakomicie pasuje do klimatu. Baka i Gajos to mistrzowie, tylko Barciś pojawia się tak jakoś… niezwyczajnie.

I chyba w „Krótkim filmie…” nie ma tej ostatniej sceny z Gajosem krzyczącym w lesie „Nienawidzę!”

Coraz większy szacunek mam do tria Kieślowski-Piesiewicz-Preisner. Scenariusz znowu taki prosty jak w „Krótkim filmie o miłości”, też bardzo proste (fabuły nawet nie ma co streszczać), a tyle szczegółów i precyzji w budowaniu postaci dramatu, relacji i ich przeżyć… a także narracji. Pierwsza połowa filmu to niewiele znaczące fragmenty, scenki, mruknięcia, przebłyski. A tak łatwo są one potem połączone.

Podoba mi się to, że tonacja filmu nie jest do końca turpistyczna. Pierwsze morderstwo ciągnie się w nieskończoność – człowiek twarda bestia, nie da się jej tak po prostu zabić. Ślina, prychanie, walka, brak ustępstwa i pozwolenia, a na końcu krew. A ja to oglądając, nie czułem się jak gówno. Aż szok, że to naprawdę polskie kino. Jednak tak się da przedstawić równie drastyczne widoki bez wywoływania u mnie odruchu wymiotnego lub chęci wyłączenia.

Spodobał mi się pomysł na postać zabójcy. Jego motywacje podano dosyć subtelnie w kilku miejscach, ale już choroba psychiczna jest tylko przypuszczeniem. Na początku filmu wydaje się normalny, ale pod koniec zachowuje się jak dziecko. I nie czułem, że to środek do czegoś, do zmuszenia mnie bym coś poczuł. Potraktowano to w dosyć zimny sposób, zaobserwowano coś naturalnego, co się po prostu wydarzyło.

Plus dobry Artur Barciś.

Ciekawe, że w niektórych miejscach Warszawy dodali tylko reklamy, a reszta taka sama jak wtedy.

Cudowny film. Sposób, w jaki jest skonstruowany, wykorzystanie kontrastów, języka filmu. Wszystko takie delikatne, subtelne, miękkie i lekkie… oraz poważne. Przez pierwszy kwadrans można oglądać i nie być świadomym żadnych dialogów, poza jednym istotnym momentem. Przez resztę czasu tylko obraz, obraz, obraz… cudowne. Kieślowski pokazuje i to wszystko, czego trzeba. Bohater smaruje sobie bułkę, spogląda przez teleskop, czeka, aż kobieta po drugiej stronie również zacznie jeść, i równocześnie z nią zjada pierwszy kęs. A widz rozumie w tym momencie o wiele więcej, niż słowa mogą wyrazić. Bohater wykonuje telefon, niczego nie mówi, a ona po chwili ciszy nazywa go bydlakiem i się rozłącza. A widz słyszy tę jedną inwektywę, widzi niewinną i młodą twarz Olafa Lubaszenko, i coś mu się tu nie zgadza… cudowne uczucie. Takich kontrastów jest tu mnóstwo.

Rewelacyjnie mi się to oglądało, chociaż nie mam zielonego pojęcia, czemu aż tak lubię ten film. To prosta opowieść, bez żadnego skomplikowania, do tego bardzo krótka i tak naprawdę niewiele się dzieje, ale umiejętnie stworzono tę banalność, u postawy jest sporo szczegółów dotyczących przeszłości bohaterów, ich dotychczasowego życia i rzeczy mających miejsce, zanim zaczął się film. Miałem to poczucie, że scenarzysta wiedział, o kim opowiada, i nie rzuca zdań, byle tylko o czymś gadali. Niby jest to film o czymś niewielkim, jak uścisk ręki (przesadzam). A może właśnie dlatego tak to lubię, bo poświęcono pełny film czemuś tak małemu?

Czołowy moment, blisko końca: „Jak on ma na imię?