David Fincher

David Fincher

4 kwietnia 2018 Thriller 0

Twórczość Davida Finchera

Se7en (1995)

5/5

Deszcz, okropność, brud. Ten tytuł nie obawia się brudu. Bolesna historia w okropnym miejscu mająca miejsce, o dwóch ludziach – jeden odzyskuje wiarę, że można coś zmienić, gdy drugi ją stopniowo traci. 

U podstaw jest to tradycyjny kryminał: seryjny morderca popełnia zbrodnię, jedna za drugą, a detektywi z policji go ścigają. Każdy z bohaterów ma jednak coś do powiedzenia: młody detektyw jest pełen ideałów, stary detektyw stracił nadzieję i czeka tylko emerytury, a zbrodniarz nie zabija przypadkowych ludzi, on chce coś powiedzieć. Ta produkcja nie zatrzymuje się jednak na tym – bierze w niej udział również miasto, będące miejscem, do którego ludzie wydają się być zsyłani za karę. Pytanie tylko: ono tworzy bohaterów, czy to bohaterowie tworzą swoje otoczenie? I w ten sposób wracamy do bohaterów, dla których nadchodzące siedem dni będzie… ważne.

Wiele można napisać o tym filmie i wiele już powiedziano.  Że Kevin Spacey rządzi, że napięcie w trzecim akcie, że realizacja i reżyseria jest znakomita, że wizualnie film oszołamia…

Ja dodam tylko od siebie, że opowiada o bezsilności. Niby jest śledztwo, ale policja może tylko czekać na kolejne morderstwo, a mordercę znajdą chyba dopiero wtedy, gdy on sam tego będzie chciał. W pewnym momencie nawet  fabuła przyspiesza i pobieżnie przygląda się końcowym zgonom, jakby chciano nam darować kolejnej porcji bezczynności. Nowy detektyw mieszka tuż obok pociągu miejskiego, przez co jego schronienie trzęsie się co chwila od przejeżdżającego obok taboru – i nic z tym nie może zrobić. Drugi detektyw utonął w tej bezsilności już tak dawno temu, że nauczył się w niej oddychać. Współpracuje z nią. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że tylko osoba mordercy identyfikuje tę stagnację i z nią walczy. Zmusza innych do walki. Istnieje jakby w innym wymiarze i nie jawi się jako człowiek. Z jednej strony jego czyny są nieludzkie, z drugiej strony bardziej przywołuje na myśl nieokiełznaną siłę idącą przez świat, większą niż jedna osoba, ich grupa lub cały tłum nawet.

Wszystko prowadzi do wielkiego finału, który wszystkich zniszczył i upokorzył. To depresyjna nuta, z której nikt nie wychodzi inaczej niż na kolanach. Bohater miał wybór i wydawało się, że nie może być „dobrego” finału, ale… bohater miał ten wybór. Każdy go ma. I o tym nie możemy zapomnieć.

David Fincher

Obecnie David Fincher znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #172

Top

1. Se7en
2. Podziemny krąg
3. The Social Network
4. Obcy 3
5. Zaginiona dziewczyna
6. Azyl
7. Mank
8. Zodiak
9. Gra
10.Ciekawy przypadek Benjamina Buttona
11.Dziewczyna z tatuażem

Podziemny krąg ("Fight Club", 1999)

5/5

Czytając książkę Palahniuka (nie tylko Fight Club, ale też inne jego autorstwa) zawsze miałem wrażenie, że nihilizm, autodestrukcja i wywyższanie braku wartości w jego prozie jest tylko pierwszym krokiem w kierunku czegoś więcej: dostrzeżeniem i pogodzeniem się z faktem, że świat wokół nas nie jest czymś, z czego możemy być dumni, za co możemy walczyć, że nie możemy być w nim szczęśliwi. Stąd destrukcja, pragnienie niszczenia czy pojedynki na pięści mające wyrwać człowieka z apatii – będące tylko początkiem. Film z kolei skupia się głównie na opowiedzeniu historii o człowieku, który nie może spać, lekarze nie chcą mu pomóc, szuka więc alternatywnych sposobów.

Dlatego tam, gdzie książka zachęcała do kwestionowania tego, co uważaliśmy za fundamentalne w naszym życiu, tak film niemal całkowicie omija krytykę. Poniekąd całkiem słusznie, bo dzięki temu jest bardziej ponadczasowy. Blisko 20 lat minęło od premiery i nadal możemy go oglądać dla fabuły oraz innych aspektów rozrywkowych. W filmie trudniej jest się rozpisać na jakiś bieżący temat w taki sposób, żeby lata później wciąż było to dla kogoś zrozumiałe, dlatego w filmie są tylko pojedyncze zdania. Trudno nawet wyłapać tak do końca jakiś szerszy zamysł, co twórcy chcieli przekazać w tym obrazie. Tu powiedzą, że „wychowała nas telewizja„, pół godziny później jakieś „dorastaliśmy przekonani, że jesteśmy niezwykli, ale okazało się, że jesteśmy zwyczajni. I teraz jesteśmy wkurzeni„. Dodano do tego z pięć zdań na krzyż w charakterystycznym stylu znanym z książki, która jest pełna konstrukcji takich jak „Jestem wkurzonym sercem Jacka” i to tyle. Nie pamiętam, aby film wywarł na mnie nawet przy pierwszym seansie jakieś przemyślenia. Dzisiaj na pewno by do tego nie doprowadził.

Stąd w mojej opinii wynika kłótnia między ludźmi, którzy tylko oglądali film, i tymi, co czytali ponadto książkę. Chodzi mi o ocenę wymowy filmu. Wiecie już, jak ja to odbieram – nihilizm jako wstęp do czegoś, do odbudowy, ogólnie: coś pozytywnego. Z kolei ludzie, którzy oglądali wyłącznie film – w ich ocenie najczęściej zachowanie bohaterów jest głupotą i Fincher tę głupotę obnaża. Kiedyś tego nie rozumiałem, ale teraz oglądając Fight Club trzeci raz, już w oderwaniu od pierwowzoru, nie mogę się dziwić, bo tak to właśnie wygląda: u Finchera nie ma żadnego „dalej„. Jest nihilizm i to wszystko. Teraz tylko będzie mnie zastanawiać, czemu film stał się tak kultowy i „przemówił” do obywateli przełomu tysiąclecia.

Zapewne trochę mało entuzjastyczny ten tekst, szczególnie biorąc pod uwagę, że wciąż daję mu pięć gwiazdek, ale podczas tego seansu głównie skupiłem się na właśnie na porównaniu wymowy książki i filmu – oraz wyłapaniu wszystkich wskazówek zdradzających zakończenie. A jest ich mnóstwo. Chylę czoła, naprawdę. Tyle razy zdradzić twist z finału, a ludzie wciąż są zaskakiwani. 10 lat temu oczywiście Podziemny krąg (film) rozwalił mi mózg i byłem zachwycony. Dzisiaj obejrzałem bez problemu, całość jest technicznie doskonale zrealizowana, nie chce mi się myśleć nad zmianą oceny. Fajny film, tak czy siak.

Trivia

Istnieje gra na PlayStation 2 oparta na motywy z „Fight Club„. Jest bijatyką.

A tak w ogóle to okazuje się, że przez 15 lat źle wymawiałem nazwisko Palahniuka.

The Social Network (2010)

5/5

Film o powstawaniu Facebooka, czyli film o poznawaniu tła i innych punktów widzenia. Genialny scenariusz!

Aaron Sorkin pisząc skrypt Social Network pokazał, że wie, na czym polega narracja. Miał tworzyć film o Marku Zuckerbergu, ale w tym stwierdzeniu nie ma odpowiedzi na pytanie: o czym jest Social Network? Można co prawda o panu Marku opowiedzieć, ale niekoniecznie wtedy powstanie film, z którego odbiorca coś wyniesie. Pan Sorkin znalazł tę treść w walce o Facebooka – jego opowieść rozgrywa się równocześnie na kilku płaszczyznach czasowych. Na jednej Mark z kolegami zakładają stronę internetową, na drugiej kłócą się o prawo do niej w towarzystwie adwokatów. Gdzieś pomiędzy dowiadujemy się o problemach towarzyszących powstawaniu witryny, jakim zmianom ulegała i co miała sobą symbolizować. Wszystko opowiedziano poprzez konkretnych ludzi, z konkretnymi motywacjami, którymi kieruje, zrozumiała na pierwszy rzut oka, potrzeba. Główna postać na przykład robi wszystko, aby zdobyć dziewczynę, żeby jej coś udowodnić.

Pewnym ważnym aspektem tego filmu jest nasze podejście, ponieważ może nam przeszkadzać, iż Social Network jest głównie udramatyzowaną wersją prawdziwych wydarzeń. Oparty na prawdziwych ludziach, chociaż ich odpowiedniki na dużym ekranie nie mają z nimi wiele wspólnego. Fabularne elementy często okazują się zmyślone na potrzeby filmu. Nie można powiedzieć, aby seans pozwolił nam lepiej zrozumieć tych ludzi, albo nawet rzec, że ich w ogóle poznaliśmy. Historia z kolei nie tyle jest nam opowiedziana, ile zostaje ona nam przedstawiona, a w skrajnych przypadkach (finał) wyłożona. Facebook powstaje, ludzie się kłócą, sąd przyznaje karę, a seans się kończy, a my… My dowiedzieliśmy się, że Mark Zuckerberg to dupek. Na dodatek bogaty. I miał tak naprawdę niewielką rolę we własnym filmie, ponad połowę spędził przy stole w milczeniu, słuchając innych ludzi… To wszystko ma prawo nam przeszkadzać, ale mam wrażenie, że jest w tym coś jeszcze.

Lubię opowieści o geniuszach, nawet jeśli nic z nich nie wynika. To nie jest film o poznawaniu lub podróży, to raczej historia, w której spotykają się różne światy i czasami zaskakujące jest tło pewnych wydarzeń, albo ich pełny wymiar. Mark Zuckerberg jest najmłodszym miliarderem na świecie, ale to ostatnie, co moglibyśmy o nim pomyśleć. Dlatego też tego właśnie dowiadujemy się na samym końcu, w zestawieniu ze zmęczonym obliczem Jessego Eisenberga, który walczył cały film, by na koniec uzmysłowić sobie, że nie walczył o nic konkretnego. Rozstajemy się z nim nie w wielkim finale, nie u zmierzchu długiej podróży, ale w chwili zadumy nad kilkoma kwestiami. I uczuciem, że my też powinniśmy coś przemyśleć. Aaron Sorkin w historii Facebooka znalazł pole do omówienia paru rzeczy nie w bezpośredni sposób – i chyba liczy, że widz to dostrzeże. Social Network jest beznadziejnym dramatem sądowym czy biografią, ale ogląda się znakomicie – i nie tylko ze względu na walory techniczne. Jest ku temu jakiś powód, więc… Szukajmy go.

PS. Zawsze czołówka wydawała mnie się nie pasować. Mamy dynamiczną wymianę zdań na początku, by potem przez kilka minut pokazywać ujęcia, na których Mark idzie z prawej na lewo przez cały campus i w końcu dociera do pokoju, gdzie po pijaku bloguje i koduje. Zastanawia mnie cel tego, poza zrobieniem miejsca dla napisów początkowych. Początkowo myślałem, że uczelnia wymusiła liczne ujęcia ją przedstawiające, ale okazuje się, że właściwa placówka była trudna we współpracy i te ujęcia realizowano w innych miastach.

Zaginiona dziewczyna ("Gone Girl", 2014)

4/5

Adaptacja książki, której autor przyrządził również scenariusz (co widać, tzn. słychać) to porządny produkt. Solidna historia, o logicznej narracji, całkiem nieźle zagrana. Czuć tutaj upływ czasu, jak mija dzień, od rana do wieczora. Sporo tu zmęczenia, poddenerwowanego napięcia w oczekiwaniu aż okaże się coś ważnego, wciągającej gry głównego bohatera, który z jednej strony musi wiarygodnie grać przed kamerami zatroskanego męża, któremu zaginęła żona, a z drugiej musi ukrywać, jak bardzo miał jej dosyć. Jest tu porządek, wiarygodność, widać wyuczony warsztat. I tyle. W pamięci nie zostaje z niego nic, poza śmieszną miną pana Afflecka gdy uradowany zorientował się, że rozumie co żona do niego napisała. Sympatyczny moment.

Reszta jest idealnie wygładzona, nie wybija się ponad poziom… poza kilkoma momentami, które naprawdę zaskakują w negatywny sposób. Kilka uwag i garść spoilerów. Lepsze to niż kolejna nudna recenzja tego filmu, za późno widziałem ten film, by pisać normalny tekst o nim. Wina kin, że nie puszczali go w mojej okolicy.

O co chodziło z tym zakończeniem?
Albo inaczej: co twórca chciał tym filmem powiedzieć? Po co w ogóle ta historia powstała? Bo mogła? Jaki powód ludzie mieli, by ją komuś opowiedzieć? Choćby jakiś najbardziej podstawowy, o czym ten film jest? Nie mam zielonego pojęcia. Historia toczy się i nagle urywa, bez satysfakcjonującego zamknięcia.

To zresztą ten moment, w którym zaczynałem wątpić, czy psychologia postaci jest tak spójna jak mi się wydawało. I stwierdziłem dosyć szybko, że lepiej się nie przyglądać, bo film szlag trafi.

Amy od początku była p……….?
W pewnym sensie jest to połączenie kilku minusów w kolejny. To jak to w końcu było – Amy na początku faktycznie była słodka, czy to tylko bujdy jak reszta dziennika? Jeśli tak, to czemu w takim razie Nick się z nią ożenił? A skoro tak, to gdzie zaszła przemiana? Czy od początku taka była? Dlaczego to ukrywała? Tak w razie czego? Skąd to jej się wzięło? Czy ktoś jest w stanie rozpisać psychikę tej postaci, czy po prostu autorka poszła na łatwiznę i miało w życi spójność?

Czy… czy ten film anty-męski?
Jakoś w pewnym momencie zaczęło mnie interesować, czy Gillian Flynn nie jest może imieniem kobiecym. Było. Jestem pierwszym, który tak nieśmiało zauważy, że film może przemycać nienawiść do mężczyzn? Wykorzystywana jest tu niesłuszna przewaga kobiet nad facetami, chwali się ich stereotypową umiejętność manipulacji, płeć męska właściwie nawet nie bardzo wie co robić przez całą historię, ogromna część tej opowieści to festyn znęcania się nad postacią męża i to na skalę krajową, co przechodzi praktycznie bez słowa uwagi… What the fuck?

Czy ja sobie właśnie odpowiedziałem na pytanie w punkcie pierwszym?!

Postać pani szeryf i kochanki to żart
Ot, mam za sobą „The Wire”, „L.A. Noire”, „Shield” i widząc, jak ta policjant przesłuchuje podejrzanych, mogłem się tylko uśmiechnąć z politowaniem. Przedszkolaki bawiące się w dom są poważniejsze.

Ale tego cyrku z kochanką już znieść nie mogę. W tym momencie filmu Amy wydaje się idealna. I miałem uwierzyć, że Nick wolał uciec od niej z jakąś tępą dzidą, która zakrada się do jego domu otoczonego wtedy przez zastęp pseudo-dziennikarzy, by uprawiać z ukochanym seks. Za wszelką cenę, nawet jak ten będzie się opierał, to ona nalega!

Niefajnie tak ubliżać obu płciom jednocześnie. Po prostu. Ale też nie wiem, jak miała się sprawa z Amy. Może dzida była faktycznie lepsza. Hm.. To ciekawa uwaga. Aż policzę na patyczkach, bo przecież w całym miasteczku było niewiele kandydatek. Siostra, żona, teściowa, wariatka, policjantka i zastęp tępych dzid stojących z tyłu i mówiących o Nicku na zmianę „Ciacho” oraz „Odrażający typ”. I jeszcze dzida robiąca sobie zdjęcie z bohaterem.

Okazuje się, że wybranie tej pierwszej dzidy było całkiem logiczne. Ale jak się nad tym zastanowić, to reszta kobiecych postaci też nie jest fajna. Jedna to złodziejka, druga to ta prezenter w telewizji. Najwyraźniej się myliłem – może pani Flynn nienawidzi kobiet, a nie mężczyzn, skoro tylko o postaciach męskich mogę napisać, że była porządne – chociaż w jednym momencie? A może to rykoszet?

Postać przez 7 minut wyjaśniająca gadaniem z offu, o co chodziło w zwrocie akcji.
Sam zwrot był przewidywalny, to nic. Może po prostu film był pisany dla kogoś, kto nie miał styczności z gatunkiem, nie interesuje mnie to. Zbudowanie na nim całej banalnej intrygi nie przeszkadza mi jakoś. Ale gdy nastąpił, jedna z postaci zaczęła gadać. I gadać. Wyjaśniać wszystko tak łopatologicznie, jakby był to film dla niewidomych. Bo to właśnie jest najdziwniejsze – sam obraz wystarczał! Wszystko, czego potrzebowałem, by zrozumieć, co się stało, działo się przed moimi oczami. Nie potrzebowałem słów ani tym bardziej narratora. Na szczęście cała reszta obrazu jest bardziej świadoma tego, czym jest.

Tyle ode mnie. Chciałem to z siebie wyrzucić, bo inaczej to właśnie bym zapamiętał z seansu. Teraz mogę już z czystym sumieniem pamiętać uśmiechniętego Afflecka.

Mank (2020)

3/5

Kolejny film o tworzeniu, w którym pisanie polega na czekaniu, aż coś przyjdzie do głowy i spisaniu tego.

Nie mam wiele dobrego do napisania o tym filmie. Gary Oldman daje dobry występ, a Charles Dance pomimo braku materiału nadal ma zdolność do zaznaczenia silnej prezencji na ekranie, co w zupełności wystarcza jego postaci. Dialogi – chociaż puste – mają pewną energię i nawet przyjemnie się tego słucha, a wizualnie jest to estetyczny obraz do patrzenia. To wszystko, bo więcej dobrego nie mogę napisać. To film biograficzny, który zadowala się tym, co widz wie przed seansem. To film o tworzeniu, który w ogóle nie wie, jak tworzenie wygląda. To film o jednym z najlepszych scenariuszy w historii kina, który zupełnie nie rozumie jego wielkości. To sztuka bez celu i znaczenia.

Największy problem jest taki, że scenarzysta niczego tak naprawdę nie prezentuje. Nie tworzy postaci, nie tworzy historii, nie tworzy napięcia. Nie można napisać, by był to film o czymkolwiek. Podczas seansu przez pierwszą godzinę nic się nie dzieje, by w drugiej połowie całkowicie stanąć w miejscu. Mank napisał scenariusz, przychodzą kolejne osoby pogadać z nim na osobności, mówią mu: „No, fajny tekst” i koniec sceny. I tak pięć razy pod rząd, po czym – gdy tylko jest szansa, że film zaraz się zacznie, że przejdą do tworzenia, do walki, do wyzwania, do tego, o czym ten film powinien być, wtedy właśnie – następuje koniec. Mank dostaje Oscara, kłóci się na odległość z Orsonem Wellesem, pojawia się karta informująca, że nasz bohater zmarł 11 lat później wskutek alkoholizmu i oto mamy seans za sobą. Amatorszczyzna. A co było wcześniej?

Wszystko, co teraz napiszę, tak naprawdę wiem, bo oglądałem Obywatela Kane’a, dokument o tym filmie oraz fabularną adaptację tych wydarzeń z 1999 roku (Obywatel Welles). Otóż wspomniany obraz według plotek miał się odnosić bezpośrednio do prawdziwej osoby, jakim był William Randolph Hearst, potężna i budząca strach jednostka, która na wieść o tym, co Kane… sobą reprezentuje, poszedł z nim na wojnę. Miał blokować nawet kina, żeby nie wyświetlały tego obrazu, czego efektem miał być tylko jeden Oscar oraz późniejsze losy zawodowe Orsona Wellesa, który już nigdy miał nie mieć takiej wolności artystycznej podczas tworzenia następnych filmów. William Randolph Hearst był osobą, której należało zejść z drogi. Dlaczego więc mimo to powstał Obywatel Kane? Skąd w ogóle potrzeba zrobić taki obraz?

Te i inne aspekty fabularne są niespełnione w filmie Mank. Głównie dlatego, że poza tytułową w ogóle nie ma tu postaci (każdą możną opisać jednym słowem i drugim, który opisuje jej stosunek do Manka), nie ma więc tu miejsca na taką znajomość, która mogłaby zaowocować ukrytym manifestem artystycznym. Punkt zwrotny wygląda w zasadzie jak coś, co dopisali szefowie z Netfliksa – żeby było odwołanie do współczesnej polityki, żeby pokazać nieuzasadniony strach przed socjalizmem oraz wyśmiać ludzi idących na wybory ze słowami: „Głosuję na tę osobę, bo jest prawdziwym Amerykaninem” i tego typu teksty. Jedna, dwie sceny i wracamy do właściwego filmu, myślę, ale nie! To było serce filmu. Poróżniła ich polityka, chociaż trudno tak naprawdę opisać, jakie były ich przekonania. Również dlatego, że jak tylko Mank zaczyna mówić o polityce, to pewnie wielu widzów się wyłączy, będąc zmęczonym tym tematem.

Tym się jednak zajmujemy w retrospekcjach, a w teraźniejszości Mank ze złamaną nogą bierze udział w wyścigu z czasem, pisząc zamówiony scenariusz w 90 dni – które od razu skrócone są do 60. I jest gadanie, że nie zdąży – ale zdąży. Nie ma tutaj prawdziwego pisania i tworzenia, jest tylko leżenie w łóżku i czekanie, aż coś przyjdzie do głowy. Najlepiej pijanej. Potem to spisujemy na kartkę i tyle. Ot, mamy scenariusz. I co, gdy tekst już jest gotowy? A no nic. Sam Mank nie wydaje się szczególnie zainteresowany, aby z tego film powstał – pod żadnym pozorem więc nie można napisać, by był to film o artyście albo rozmyśleniach nad artystyczną odpowiedzialnością za swoje dzieło.  Wszyscy sobie czytają, co Mank napisał i mówią: „Fajny tekst, ale czy to dobry pomysł?”. Nic się tutaj nie waży, nikt niczym nie ryzykuje, nikt niczego nie poświęci. Nikt w nic nie wierzy. Po co był ten limit 60 dni? Trudno powiedzieć.

Pokazana jest tylko ta krótka, bezpieczna chwila przed burzą, gdy tekst jest w szufladzie i można się masturbować nad tym, jakie to arcydzieło właśnie się ukończyło. Właściwa walka nie została pokazana. Właściwe tworzenie, każdego dnia po trochu, że oto tworzymy manifest, za który będzie trzeba ponieść konsekwencje – to nie jest pokazane. Przyczyny z kolei pokazane w tak zamglony sposób, jakby twórcy świadomie odmówili wykonania potrzebnej ilości pracy, żeby stworzyć obraz, o którym można przeczytać w recenzjach i analizach.