Czarna Pantera („Black Panther”, 2018)

Czarna Pantera („Black Panther”, 2018)

20 czerwca 2018 Akcja 0
czarna pantera
Andy Serkins to biały Samuel L. Jackson. Chcę więcej!

Przez godzinę nic się nie dzieje, potem przychodzi Martin Freeman i Michael B. Jordan na 10 minut, a potem film się kończy. Poważnie, to wszystko.

Mediakrytyk wybrnął z tego, opisując „Czarną Panterę” następującymi słowami: „Książę T’Challa przywdziewa kostium Czarnej Pantery po tym, jak jego ojciec – król Wakandy – zostaje podstępnie zamordowany” – i faktycznie, tak się dzieje. Główny bohater przywdziewa kostium. Czy coś więcej ma miejsce? Cóż…

Całkiem sporo w tym filmie dramaturgicznych dziur. Nie mam nic przeciwko supermocom z kosmosu, ale niech twórcy korzystają z nich konsekwentnie, a tego nie ma. Zamiast więc wygrywać bez przerwy i kończyć cały film w pięć minut to bohaterowie raz wygrywają z palcem w nosie, innym razem służą za worek treningowy. Raz gonią przeciwnika, innym razem wydają się nieświadomi, że taka opcja jest wciąż na stole. Jedne postaci giną od spojrzenia się w ich kierunku, inne mogą przeżyć wszystko. W zasadzie niemożliwym jest traktować tej historii poważnie, a innej opcji nie ma. Jeśli nie będzie możliwe zaangażowanie się, to zostaje obojętność. Nie był to przykry czas, po prostu w tym czasie lepiej było zobaczyć coś innego. Cokolwiek. Freeman i Jordan są jedynymi członami tej produkcji, których warto oglądać. Są w „Czarnej Panterze” bohaterowie, który wykazali mniej entuzjazmu wobec własnego zmartwychwstania niż Freeman, który autentycznie ucieszył się ze zestrzelania śmigłowca i tego swojego małego wkładu w wygraną. A Jordan to wciąż nieodżałowany Wallace z „The Wire„. Szkoda chłopa było wtedy i wciąż jest go szkoda. Dajcie tym aktorom jakąś przestrzeń i zawsze będzie warto ich oglądać na ekranie. Teraz mam ochotę obejrzeć „Hobbita 3” i „Fruitvale Station„.

Bohaterowie „Czarnej Pantery” zachowują się niedojrzale. Główny bohater jest Królem, który jest porywczy i bez kostiumu jest taki sobie, jakiś zdolny uczeń sztuk walki na poziomie liceum dałby mu radę. Co się w sumie dzieje i wtedy ujawnia się dziecinność reszty postaci, którzy to zaczynają jęczeć, bo coś nie idzie po ich myśli. Takie typowe gadanie ludzi, którzy głoszą słuszność czegoś (tradycji, zasad, praw), dopóki te zasady im służą, a gdy tak się już nie dzieje, to zaczyna się słowotok na poziomie „Do diabła z tradycjami, ma być tak, jak mówię„. A potem rozwiązują swoje interesy siłowo, krzycząc tylko o jakichś ideałach w stylu „Dla kraju” lub „Dla króla„, ale wobec powyższego wiadomo, że to tylko mydlenie oczu. A zresztą, dziecinność jest już od pierwszych scen w związku z jedynym żartem filmu. Przez pierwszą godzinę śmieją się, że Czarna Pantera się zakochał. Jesteśmy oficjalnie w podstawówce – albo arystokracji Wakandy, najwyraźniej.

Podczas seansu poczułem się jak czarny oglądający białych ludzi – tylko na odwrót. Widziałem to na stand up’ach i myślę, że spora część białej widowni miała podobne atrakcje podczas seansu. Patrzyli na tych czarnych i tylko mówili między sobą: „Dlaczego widownia macha biustem podczas walki? Co ta kobieta mówi? Dlaczego ten typ ma półmisek w swojej dolnej wardze?” by po wszystkim tylko rzec: „Wiesz, to są czarni. Lepiej im nie przeszkadzać„. Różnice kulturowe są zabawne.

Czy dałoby radę to uratować?

W sumie wystarczyłoby, jakby usunąć pierwszą godzinę filmu, niech Michael B. Jordan pojawi się od razu podczas koronacji, zamiast zabijania niech będzie hańba czy inna forma degradacji społecznej, co wywoła dyskusję zamiast powstania, które z kolei sprowadza się do zabicia tych, którzy się z nami nie zgadzają, bo ci drudzy chcieli zabijać tych, którzy się z nimi nie zgadzali, co w jakiś sposób poskutkowało nobilitacją głównego bohatera i ogłoszeniu się, że technologia z Wakandy istnieje poprzez lądowanie na środku ulicy i mówieniu ludziom, że nie jest się z kosmosu, tylko z Afryki, a ludzie podbiegają wtedy i się cieszą, chociaż jak ostatni raz widzieli takie cuda, to one zabijały ludzi… Czyli w zasadzie to trzeba by przepisać od nowa cały film i zostawić tylko tytuł. Albo i tytuł zmienić, bo człon „Czarna” nic nie wnosi. Gdyby działania bohatera były skryte w mroku nocy czy coś w tym stylu to tak, ale on się nawala w dzień i rzuca samochodami, jakby chciał jak najszybciej zarobić sześć gwiazdek w GTA. Do tego nazwa „Pantera” w zupełności wystarczy.