Cobra Kai (2018-)

Cobra Kai (2018-)

3 sierpnia 2019 Opinie o serialach 0
cobra kai
Ralph Macchio & William Zabka

W dalszych losach bohaterów Karate Kid udało się znaleźć sporo rodzinnego dramatu. Dobra rzecz.

4/5

Cobra Kai to idealna kontynuacja Karate Kid. To dokładnie tamten film, tylko ma miejsce współcześnie i jest nieco poważniejszy, chociaż wciąż jest tu miejsce na posmak uroku tamtych produkcji sprzed 30 lat. To również tytuł kierowany do współczesnego widza, tak dzieci, jak i dorosłych. Johnny Lawrence trzy dekady temu w finale turnieju karate zajął drugie miejsce – dzisiaj jest na skraju alkoholizmu, nastoletni syn nie chce go znać, przeszłość ciągnie się za naszym protagonistą. Życie mu się sypie na głowę, liczne niesprawiedliwości spotykają go na każdym kroku i wydaje się, że ma tylko jedno rozwiązanie: zacząć uczyć karate. Reaktywuje więc tytułowe Cobra Kai – jako sensei jest twardy i bezwzględny, ale nie chce terroryzować swoich podopiecznych. Chce tylko żeby nauczyli się bronić – a najlepszą obroną jest atak.

Ten tytuł naprawdę robi wszystko dobrze. Mamy tych samych aktorów, co w oryginale: wrócili do swoich ról po wielu dekadach. Sprawdzają się bezbłędnie, jakby naprawdę ich bohaterowie postarzeli się, dorośli, założyli rodziny. Serial odświeża formułę filmu sportowego, w którym doskonalenie się w walce jest równocześnie stawaniem się lepszym człowiekiem i radzeniu sobie z osobistymi problemami. Cobra Kai bezbłędnie dociera do współczesnej młodzieży, która nie chce ćwiczyć czy nie wierzy w siebie – równie dobrze bierze się za temat współczesnej wrażliwości na słowa. Sensei Lawrence wprost nazywa swoich uczniów cipami, śmieje się z ich defektów na twarzy, ale też jasno wyjaśnia, dlaczego tak robi: ponieważ w prawdziwym życiu nikt nie będzie się z nikim cackać. Chcesz płakać, bo ktoś każe ci iść do kuchni – to zacznij płakać już teraz. Pojedynki też są całkiem udane, chociaż ich poziom jest naprawdę szeroki – jedne walki szczerze emocjonują (finał czy ten w stołówce), w innych część bohaterów zachowuje się, jakby pierwszy raz unosiła nogi w górę. Starsi aktorzy faktycznie się biją, ale już nie tak szybko, by nie trzeba było przymykać oka na ich wysiłek. Przede wszystkim jednak liczą się w tej produkcji nowe elementy w postaci dramatu oraz motywu wczuwania się w sytuację drugiej osoby, w patrzenie na świat z jej perspektywy. Johnny był w końcu antagonistą w pierwszej części, a teraz jest głównym bohaterem. Oglądamy nawet fragmenty filmu z 1984 roku, ale z nowej perspektywy. Dostrzegamy człowieka w Johnnym oraz rozumiemy, jak z jego strony Daniel-san mógł być „tym złym”.

Właściwie jedyna wada serialu leży w krytycznych punktach dramatu, czyli momentach zwrotnych. Resztę historii poprowadzono naprawdę znakomicie, ale jest coś sztucznego w tym, że dana postać zawsze jest we właściwym miejscu, że wszystko wraca do karate, jakby nie było innych sposobów na cokolwiek w świecie tej produkcji. Karate służy do uporządkowania życia, rewanżu, zdobycia dziewczyny… Jednak jest to część uroku, o którym pisałem wcześniej – i za moment do niego wrócę. Teraz tylko jeszcze napiszę, że Cobra Kai ma syndrom Skywalkerów i wszystkie postaci są w zasadzie jedną wielką rodziną: przypadkowy samochód, który wjedzie w Johnny’ego? Będzie w nim córka Daniela. Uczeń Daniela będzie synem Johnny’ego. I będzie mieć pewnie romans ze wspomnianą córką. Nawet całkowicie obcy nastolatek, który zostaje pierwszym uczniem Johnny’ego, zapewne za kilka sezonów zostanie jego przybranym synem, jak Johnny ożeni się z jego matką, na co sporo wskazuje.

Pierwsze dwa odcinki są za darmo, tak!

Oceniając taki utwór jak Cobra Kai nie mogę zignorować jednego: ten serial nie mógł być po prostu dobrym serialem. Musiał być przede wszystkim udaną częścią Karate Kid i przez ten właśnie pryzmat twórcy chcieliby, aby ich utwór był oceniany. To oznacza trzymanie się pewnej konwencji oraz pewne ograniczenia. Nawiązania musiały się znaleźć, a nowe elementy musiały pasować do tych znajomych. Czasami więc mamy bezpośredni cytat, innym razem mrugnięcie okiem do fanów, dostajemy też sporo opowiadania o równowadze czy polerowaniu samochodów i malowania płotów. Trudno znaleźć w języku polskim odpowiednie słowa, które by oddawały specyficzny urok tego cyklu, ale rozpoznajemy je z całą pewnością, chociaż nie widzieliśmy głównych części cyklu już od wielu lat. Jest w tym odrobina naiwności i uproszczenia, ale też jest coś więcej, co wynosi prostą historią z cyklu „Nieudacznik pokazuje łobuzom, gdzie raki zimują i po drodze zdobywa dziewczynę” ponad inne, podobne. I ten serial jest doskonałą kontynuacją serialu – ma mnóstwo serca, ma wiele miłości do karate oraz znajdowania w tym sporcie metafor polepszających życie. Podchodzi do nich z humorem i świadomością, że nie brzmi to najlepiej, ale równocześnie traktuje je poważnie wtedy, kiedy musi. Dodaje nowe elementy, ale pamięta o tym, co najważniejsze: o dramatach osobistych oraz walkach wręcz. I robi to naprawdę dobrze.

Problemem trzymania się konwencji jest jednak to, że mieli pewne ograniczenia. Johnny Lawrence nie mógł być milczącym twardzielem do końca, takim w stylu Raya Donovana, który nigdy nie przepraszał, a zamiast tego naprawiał błąd. A gdy w ten sposób tylko pogarszał sytuację, to nie oczekiwał, że inni go zrozumieją, zamiast tego chowa wszystko w sobie i szuka nowego sposobu, aby coś polepszyć. Johnny Lawrence dla swojego syna, który go nienawidzi, ma tylko słowa i obietnice. Swoich uczniów zwyzywał od ciot, część zrezygnowała, pozostali domagali się przeprosin. I Johnny w zasadzie przeprosił: wyszedł przed tłum i powiedział: „Wiem, co czujecie. Byłem taki sam jak wy. Tatuś mnie nie kochał. Karate pozwoliło mi radzić sobie z problemami, więc teraz robią z wami to samo”. Nie żeby Johnny nie był twardzielem – jak mu zaatakowali w nocy samochód, to wyszedł do napastników, gołymi rękami nakarmił nimi asfalt, a po wszystkim wsiadł na jeden z ich motorów i pojechał skopać następnych; a serial pełny jest takich cool-momentów! – ale w obrębie tej konwencji nie może być takim twardzielem, jakim mógłby być. A może się mylę? Może ten serial mnie zaskoczy w przyszłości? Nie żeby wiele na to wskazywało.

Obawiam się, że Cobra Kai może sobie szybko zaszkodzić kolejnymi odcinkami. To historia o dostrzeganiu drugiej strony każdego wydarzenia, wybaczaniu i ruszeniu dalej – jednak bohaterowie raz za razem odmawiają nauczenia się tej lekcji. Wielokrotnie Daniel i Johnny mają okazję zostać kumplami, ale za każdym razem ma miejsce COŚ i któryś mówi: „CO?! TY SIĘ NIGDY NIE ZMIENISZ, ZAWSZE BĘDZIESZ…” i się rozchodzą w gniewie. Za którymś razem wyjdą w ten sposób na debili. Dzieje się tak jednak wyłącznie z inicjatywy scenarzystów, którzy wyraźnie chcą to ciągnąć. Albo znajdą oni inny sposób na to, albo niech kończą jak najszybciej. Niech bohaterowie się pogodzą, zamordują albo zrobią coś innego równie definitywnego. Już pierwszy sezon mógł momentami grać na nerwach w ten sposób. Do drugiego podchodzę po kawałku, po pewnej przerwie i ponownie mogę to przełknąć, ale ten serial nie powinien opierać się na tym, że będę sobie robić przerwy. Jeśli widz ma się czegoś nauczyć, to bohaterowie muszą zrobić to pierwsi. Czekam.

FILMY

Karate Kid 2 (1986) ★★★★ Film o tym, że bicie się jest zbędne, który byłby faktycznie lepszy, jakby wyciąć z niego bicie się po twarzy. Szanuję.

Bezpośrednia kontynuacja pierwszej części, serwująca na dodatek jeszcze konkretne przypomnienie wydarzeń i tematów z wcześniejszego filmu. Po wygranym turnieju przychodzą wakacje, a z nimi list do pana Miyagi, wzywający go do domu. Daniel-san pojedzie z nim aż do Okinawy, gdzie spędzą lato na nauce karate, podrywaniu dziewczyn i kończeniu niedokończonych spraw.

Plusem na pewno jest to, że nie mówimy o powtarzaniu formuły lub tanim tworzeniu na fali popularności. To dalszy ciąg, który rozumie, na czym polega sukces poprzednika. Nie ma tutaj wiele samej walki, za to sporo uczenia się o zrozumieniu karate i korzystaniu z nauk poza ringiem.

Tak naprawdę niewiele jest walki. 70 minut trzeba czekać na jakiekolwiek karate, a na bicie się po twarzy jeszcze dłużej. I to pasuje, ponieważ główną nauką filmu mówi, że najlepsza walka to walka uniknięta. I faktycznie znakomicie się ogląda ten film wtedy, kiedy nikt się nie chce z nikim bić, ludzie się poznają. To w zasadzie kino obyczajowe, które konsekwentnie buduje napięcie wokół jednego pojedynku – i do niego w sumie w końcu dochodzi, ale wydaje się on… Zbędny. I to jest prawdziwe osiągnięcie, jakby nie było. Zrobić film o karate, który wydaje się lepszy, gdyby wyciąć z niego pojedynki. Mogę nawet snuć fantazję, że w pierwszej wersji scenariusza walki w ogóle nie było. Producent jednak miał wymagania, żeby w filmie o karate była chociaż jedna solidna walka i ją dostał. A ja… Nie będę kręcić nosem. Przyjemny seans.

Karate Kid 3 (1989) ★★ Scenariusz ma słabe tempo. Mimo to wciąż szanuję ten film za wystawienie widzów na takiego antagonistę.

John Krees po przegraniu zawodów w pierwszym Karate Kid nie może się pozbierać. Pomaga mu więc inny wojownik, równie zły. Plan jest taki, aby tym razem (dla odmiany) pokonać Daniela w zawodach. Problem w tym, że Daniel nie chce startować, bo to niewłaściwe wykorzystanie karate. Trzeba więc go zmusić…

Z jednej strony – był jakiś nowy pomysł. Miyagi prowadzi sklep z bonsai, Daniel buja się w dziewczynie robiącej garnki i nadal jest tak naprawdę narwanym nastolatkiem, który chce się wykazać. Wciąż jest przed nim droga, wciąż kłóci się ze swoim senseiem pomimo miłości, którą jeden czuje do drugiego. Na początku nawet chce startować w turnieju, a fabuła wykorzystuje wszystkie te motywy, w pewnym momencie nawet wystawiając Daniela na manipulację. Był w tym wszystkim jakaś dobra idea na kontynuację. Poza tym trudno jest mi nie szanować tutejszego antagonisty, który naprawdę nachodzi Daniela, demoluje mu w życiu to, co nasz bohater uważa za najcenniejsze, prześladuje go i jest autentycznym zagrożeniem dla jego życia. Nic go nie powstrzyma i dostanie to, co chce. Może dlatego, że dawno już nie oglądałem takich filmów z lat 80., gdzie podobny antagonista był chyba w każdym filmie, albo może dlatego, że dziś takich typów już się nie spotyka, ale wciąż: współcześnie widzowie już nie są wystawieni na takie postaci. A nawet jeśli, nie są równie groźni. Są śmieszni i schematyczni, gdy w Karate Kid 3 taka postać przychodzi, kiedy chce, robi, co chce i odchodzi, kiedy chce – cały czas będąc krok dalej od bohatera, za każdym razem pokonując go na każdy sposób, poniżając go i raniąc.

Z drugiej strony – ten film ma poważne wady. Finał niczego nie rozwiązuje, kolejny raz zastanawiam się nad spójnością pana Miyagi (tyle gada o pacyfizmie, a bije się więcej niż reszta postaci razem wzięta – i najwyraźniej jednak bójka jest dobrym rozwiązaniem), historia wlecze się (z pierwszych 70-80 minut dałoby radę wyciąć połowę albo i więcej – niech Mike raz nastraszy Daniela, zamiast nachodzić go trzy razy z tym samym!) i tym razem naprawdę przeszkadza fakt, że to świat bez policji… A nie, policja jednak jest, tylko wyśmiała naszego protagonistę, jak im powiedział, że zbiry zdemolowały mu sklep. Nie łapię. To dlatego, że byli biali?

Nie jest łatwym traktować też na poważnie historię o tym, że dwoje dorosłych ludzi ma obsesję na punkcie nastolatka i chęci doprowadzenia go do płaczu. A o tym jest tak naprawdę ten film! Trudno też jest mi chwalić tę produkcję za budowanie napięcia wokół jednej walki oraz za przesłanie, że lepiej walki jest unikać, kiedy oglądając ostateczne starcie naprawdę widać, że Daniel-san… Nie umie karate. Za grosz. W pierwszej części wygrał kopniakiem i ogólnie był waleczny. W trzeciej części pięć razy z rzędu spieprza z ringu, a wygrywa, robiąc przerzut.