Ciche miejsce („A Quiet Place”, 2018)

Ciche miejsce („A Quiet Place”, 2018)

21 listopada 2018 Opinie o filmach 0
ciche miejsce
John Krasinski & Marco Beltrami
Emily Blunt & Millicent Simmonds

Trudne czasy wymagają dojrzałych bohaterów, czyli jak to jest mieć dzieci.

 

Akcja filmu rozgrywa się w świecie, gdzie istnieje straszna istota – ślepa, ale śmiertelna, groźna i dysponująca niezwykle wrażliwym słuchem. Żeby przetrwać w takich okolicznościach, potrzeba było zmienić całe życie – czyli siedzieć cicho i nie wydawać dźwięku.

Od tego musiał zacząć się proces kreślenia scenariusza – od zbudowania świata filmowego. Twórcy mieli świadomość, że tworzą świat widzom obcy – na pozór znajomy, ale jednak całkowicie inny. Podejście to kompletnie szanuję, a prawie nie mam okazji go podziwiać na ekranie, ponieważ twórcy rzadko zwracają na to uwagę. Są oczywiście seriale („Pozostawieni„), ale w filmach? Tutaj nie mogę sobie przypomnieć zbyt wielu takich przykładów. Ile filmów z Batmanem rozgrywa się w świecie, który jest świadomy istnienia Batmana? Chyba żaden, ich akcja obejmuje tylko miasto – ponieważ filmy najczęściej są małe, skromne. Nie mają świata filmowego, raczej tylko miejsce akcji i w jego obrębie tworzone są jakieś reguły. „Ciche miejsce” też powinno być skromne – to w końcu debiut reżyserski aktora, który zrobił karierę na serialu komediowym. Skromności jednak nie ma – zamiast opowiadania o relacji między kilkoma osobami otrzymujemy historię wszystkich ludzi na planecie, na przykładzie pewnej rodziny.

Nie jest to jednak geneza wydarzeń. Nie jesteśmy z bohaterami wtedy, kiedy dowiadują się o pojawieniu się tajemniczej istoty, godzą się z tym i wymyślają nowe sposoby na życie. Nie, to wszystko nas omija. Poznajemy bohaterów w chwili, kiedy minął ponad rok, od kiedy trzeba było przestać używać dźwięku. Wszystkie mechanizmy i plany zapasowe zostały przygotowane. Musimy nadrobić stracone informacje poprzez obserwowanie codzienności. Nic nie jest mówione wprost, a bohaterowie nie ułatwiają ekspozycji, z uwagi na to, jak dobrze pasują do opowieści – są zdyscyplinowani, zapobiegawczy, pomysłowi i zwyczajnie dojrzali. Widz sam musi zwracać uwagę na szczegóły i dochodzić do tego, dlaczego wszystko działa, jak działa. Wtedy właśnie pojawiają się takie myśli jak odkrycie, że bohaterowie znali język migowy jeszcze przed „dniem zero”, z uwagi na głuchoniemą córkę – co dało im przewagę i dlatego są bohaterami. Zapewne pozostali ludzie w okolicy ich naśladowali. O potworach z kolei niewiele wiadomo, ponieważ… Komunikacja umarła. Jedyny kontakt z innymi ludźmi jest po zmroku, kiedy każdy zapala ognisko widoczne z daleka, jakby prosili Gondor o pomoc. Posiłki jedzą na liściach nie z powodu braku inwentarza, ale by minimalizować ryzyko wywołania hałasu. Z kolei postać ojca nosi brodę, ponieważ golenie też mogłoby przynieść ryzyko wykrycia – a to oznacza, że postać grana przez Emily Blunt nie goli nóg i dlatego nosi cały czas długie suknie. I tak dalej – niby nic nie jest powiedziane wprost, ale też wszystko jest po prostu przed widzem. Wystarczy tylko skojarzyć różne rzeczy.

Scenariusz

Skrypt ogólnie jest naprawdę solidny z kilkoma momentami absolutnego geniuszu (łączenie wątków w jedną scenę, budowanie napięcia, wykorzystanie przestrzeni), do tego forma pisemna była całkiem rewolucyjna – w końcu był to jeden z niewielu tekstów tak mocno skupiającym się na użyciu dźwięku do opowiedzenia fabuły! Najbardziej jednak chciałbym wyróżnić tutaj jeden element: powracanie raz użytych motywów w nowym kontekście. Przykładanie palca do ust choćby na początku i końcu oznaczać będzie coś zupełnie innego. Jest też pewien pan, który chowając zmarłą żonę, zacznie krzyczeć, aby i jego też potwory znalazły i zabiły. Powiedzmy, że to też wróci w filmie. Nie chcę zbyt wiele zdradzać, a to sztuczka bardzo rzadko spotykana. Dlatego też mój ukłon jest tym głębszy. Dobra robota, panowie scenarzyści!

W tym wszystkim więc umieszczoną fabułę filmu. Nie będę zdradzać jej zarysu, zamiast tego napiszę, że najlepiej jest podejść do seansu nie jak do oglądania horroru. Lepiej jest założyć, że oglądamy dramat o rodzicach i o poświęceniu, do którego takie osoby są gotowe, byle tylko ochronić swoje dzieci. W ten sposób dopiero rodzi się horror – przerażenie faktem, przed jakim wyzwaniem stają teraz najmłodsi. „Ciche miejsce” nie kreuje twardych mężczyzn lub kobiet, ten film raczej tworzy twardych ludzi. Takich, którzy stanęli przed wyzwaniem i mu sprostali. Zachowali dyscyplinę w świecie, w którym każda drobna pomyłka może mieć niebagatelne skutki, a czasu do namysłu może nie być. „Ciche miejsce” opowiada o świecie, w którym nie ma „czegoś więcej”, jest tylko obecna chwila i życie z dnia na dzień. Zwykłe przetrwanie jest tu wygraną, dlatego tak dobrze tu gra dramat o rodzicielstwie, wychowywaniu nowego pokolenia i przekazywania co się tylko ma swoim pociechom, walka o ich bezpieczeństwo. Podczas seansu mogłem w pełni zrozumieć tych ludzi, wczuć się w ich sytuację, a każda chwila spokoju była zasłużona. Aż do finału. Pięknego finału.