Christopher Nolan

Christopher Nolan

30 grudnia 2017 Opinie o filmach 1

Memento (2000)

5/5

Dawno temu Memento zostało mi przedstawione jako produkt, który zrewolucjonizował skostniałą narrację USA. Wtedy nawet nie wiedziałem, czym narracja jest, ale obejrzałem, i poznałem po raz pierwszy historię Leonarda – człowieka, który po napaści został pozbawiony żony oraz pamięci krótkotrwałej. Pamięta, co było przed wypadkiem, jednak wszystko potem wylatuje z jego głowy po chwili. Nie ma poczucia czasu – myśli, że minął rok od czasu, gdy odeszła jego ukochana, ale tak naprawdę – jaką ma pewność? Teraz szuka jej mordercy.

Od początku reżyser Christopher Nolan pokazuje, że miał mnóstwo pomysłów na tę fabułę. Główny bohater cały czas fotografuje wszystko polaroidem i zapisuje z tyłu, co uchwycony obiekt dla niego znaczy. Robi tak z nowo poznanymi ludźmi, samochodem i motelem, w którym się zatrzymał. Tatuuje również swoje ciało, by najważniejsze fakty o celu mieć na swoim ciele. Jest zdyscyplinowany, ma system i trzyma się go. Cała opowieść zaprezentowana jest od tyłu – dopadnięcia mordercy – by następnie cofać się małymi kroczkami do tyłu. W każdej scenie bohater budzi się bez pamięci tego, co było wcześniej, a widz razem z nim.

A na końcu piorunujące zakończenie, ostateczna kropka w tej opowieści, podkreślająca każdy akcent tej smutnej historii. Abstrakcyjna fabuła, która wzięła mały fragment życia, by opisać jej wagę w sposób, który tylko w sztuce jest możliwy. Jak pamięć definiuje każdego z nas, naszeszczęście i życie? Czy człowiek jest na tyle silny, by żyć bez niej – i czy w ogóle wtedy jeszcze jest człowiekiem? Bardzo lubię takie opowieści, które biorą coś, co współczesny obywatel świata bierze za pewnik – i zabiera to od niego. Choćby na te dwie godziny. Niemożliwe, nieprawdopodobne, trudne do wyobrażenia – bo abstrakcyjne. Po to jest sztuka.

I pomimo moich podejrzeń, już tu są ślady tego samego Nolana, który w przyszłości nakręci Interstellar. Posłuchajcie Carrie-Anne Moss, jak w pewnym momencie opowiada o miłości pokonującej chorobę utraty pamięci krótkotrwałej.

Christopher Nolan

Obecnie Christopher Nolan znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #87

Top

1. Memento
2. Mroczny Rycerz
3. Dunkierka
4. Mroczny Rycerz powstaje
5. Prestiż
6. Batman – Początek
7. Incepcja
8. Śledząc
9. Doodlebug
10.Bezsenność
11.Tenet
12.Interstellar

Mroczny Rycerz („Dark Knight”, 2008)

5/5

Będę pisał krótko – nawet bez opisu fabuły, tylko moje narzekanie, i niech czytają tylko ci, co film widzieli. To mój trzeci seans i do tej pory zadawałem sobie pytanie – czemu stawiałem finał trylogii ponad środkową część?

Zawsze zauważałem w niej te babole typu „Hej, wyjeźdźmy przez ścianę z banku, na pewno wtopimy się w tłum!„, ale jakoś mi nie przeszkadzały – przynajmniej na tyle, by jakoś je wytkać. Co jest większym problemem?

Odpowiedź to katastrofalny montaż. Gorszy niż w „TDKR„. Tam było widać wycięte całe partie, w których mogły być wyjaśniane dziury fabularnych (skąd Bane wiedział, gdzie jest warsztat Batman, lub jak ten dostał się z więzienia do Gotham). W „TDK” jest tylko wizualny hałas, bałagan, burdel. Jasna cholera, w jednej scenie przeplatają się niby dwa wątki dziejące się jednocześnie, tylko że jeden (przyjęcie u Wayne’a) jest podczas ciemnej nocy, a drugi (sprawdzanie pozostałych celów Jokera) podczas zmroku. I to się przelata – słońce świeci, nie świeci, świeci, nie świeci.

W „TDKR” chociaż wjechali do tunelu za dnia, a wyjechali 5 sekund później nocą, i tego się już trzymali. Jednak główny mankament montażu jest taki, że wrzucono tutaj WSZYSTKO. Każdy drobny pomysł na coś-tam, każdy element, o którym chciano opowiedzieć, każdy zwrot akcji, nawet jeśli na końcu okazywało się, że to wcale nie było potrzebne, tudzież było tego za dużo. Wyszła opowieść pozbawiona skupienia na tym, co istotne. Z „TDKR” wycięto uczciwie 1/3, by film był skupiony. W „TDK” wycięto jakieś większe części scen lub wątków, by wszystkie zachowały się choćby we fragmencie w ostatecznej wersji. I tak jest np. Gordon, który umiera, scenę później jednak okazuje się żywy, i wszystko to było cwanym planem tak naprawdę nie wiadomo kogo i czemu służyło. A pośrodku dano sekundę, by nieprzekonująco pokazać, że jest martwy, 20 sekund na scenę anonimowych policjantów informujących o wszystkim żonę Gordona (a wiem, że to jego żona, bo oglądam ten film trzeci raz), a potem w scenie pościgu co chwila pokazywać milczącego kierowcę furgonetki i jego pomocnika drącego się tylko po to, by bez powodu odciągać uwagę od samego pościgu. Jest też gość znający tożsamość Batmana… tak, było wokół niego sporo zamieszania. Po co to było?

Tu wszystko jest za szybkie, zbyt dużo się dzieje i większość z tego jest zbędna… Jednak nie chcę się wgłębiać, bo coś czuję, że moja ulubiona scena z filmu (wybuch szpitala) właśnie była niepotrzebna. Do tego Joker albo Two-Face też powinien zostać wycięty, bo ostatecznie nie jest to film o żadnym z nich. Tak, niby jest o Jokerze, ale finałem jest pokonanie Two-Face’a. Pokonanie Jokera było tylko drogą do tego finału. Tak samo, jak cała postać Jokera była tylko narzędziem do stworzenia Two-Face’a. Tak, to na pewno nie było w założeniach pierwszych wersji scenariusza, a wynikło w trakcie. I nie zmieniono podstawowych założeń, bo musiało być tu wszystko. Scena po śmierci Rachel, jak Alfred czyta list od niej. W tle na moment migają różne rzeczy, w tym Batman stojący na gruzach, z powiewająca peleryną… Super, ujęcie do zwiastuna, na plakat, na screenshot, wszystko jedno, ale co to robi w gotowym filmie? I takich ujęć jest mnóstwo. Takich wątków pokazanych w skrócie też jest mnóstwo. Dochodzenie Denta, kto jest wtyczką? Jedyny efekt to masa anonimowych ludzi zalewająca ekran!

Dodać do tego fakt, że film jest naprawę złożony i wiele rzeczy dzieje się równocześnie w kilku miejscach miasta. I montażysta musiał to poprzeplatać, i albo to było niewykonalne, albo zawalił robotę. 5 sekund tu, 5 sekund tu, tutaj wkleję wprowadzenie do kolejnego wątku, 5 sekund kontynuujących te drugie 5 sekund, zapowiedź kolejnej sceny, 5 sekund… Jakby ciął to kamieniem, nie ma tu porządku lub płynnego przejścia.Naprawdę wątpię, czy było to w ogóle wykonalne.

Do tego, faktycznie, to ich wyjaśnianie wszystkiego potrafi przeszkadzać. Szczególnie gdy to Joker analizuje sam siebie, mówiąc o sobie, że jest psem, który nie wie, co by zrobił, gdyby złapał samochód… Wątpię, by naprawdę to powiedział. Albo w scenie z łódkami. „Wciąż żyjemy. A to oznacza, że oni nas nie zabili„. Super, nigdy bym się tego nie domyślił sam. Właście taki jest cały seans, wyjaśnianie w biegu.

Nie podobał mi się też sam Batman – bardzo go tu mało, bardzo dużo dzieje się w ciągu dnia, nie jest zbyt heroiczny. Jego walki w ogóle mnie nie jarały. Wyczekiwałem tylko tego, co będzie po nich. A pojedynki z głównymi przeciwnikami… Właściwie ich nie było.

A poza tym to ja bardzo lubię ten film!

Incepcja ("Inception", 2010)

4/5

Zabawne, sześć lat temu byłem w kinie, zrozumiałem wszystko i potem miałem sporo śmiechu z ludzi, którzy zakładali tematy na forach, bo nie rozumieli podstawowych zasad, którymi rządzi się ten film. Teraz go oglądam po latach, pamiętam podstawy całkiem dobrze, dlatego tym razem podczas seansu skupiłem się na tym, jak te zasady były wytłumaczone. I jestem w szoku, bo to jest pierdolnik. Informacje są podawane w chaotyczny, dezorientujący sposób. Byłem w szoku, jak źle to wszystko jest opowiedziane, jakbym cofnął się do liceum i mojej nauczycielki matematyki. Incepcja ma te same problemy, co inne filmy Nolana. Chłopak i jego koledzy mieli za dużo pomysłów, w ostatniej chwili się ogarnęli, że robią tutaj tytuł, który ma trwać dwie godziny, a nie dziesięć – nadrabiali dialogami – usilnie starali się, by zachować kształt wersji dziesięciogodzinnej. Z tego powinno się usunąć połowę materiału, a przede wszystkim: główną fabułę. Co kogo obchodzi, czy Cillian Murphy kupi cały ten szwindel? Czemu tyle się strzelamy? Czemu nie więcej? Najważniejsze tutaj powinny być wątki Cobba oraz podróż widza przez ten świat. A zamiast tego mamy Cobba mówiącego swój segment filmu z prędkością karabinu maszynowego, a podróży tu nie ma (chyba trzeba by uczynić najpierw z Ellen Page główną bohaterkę filmu, ona byłaby tym łącznikiem widza z filmem). Miejsca na refleksję o czymkolwiek z tematu sci/fi i implementacji myśli/zmiany człowieka, moralnego punktu widzenia na to wszystko… Nie ma. Po prostu nie ma. Myślałem przed seansem, że będę o tym myśleć podczas oglądania. Skończyłem oglądać i nie wiem, czemu tak myślałem. Niemniej, chciałbym kiedyś zobaczyć serial oparty na tym filmie. Pomysły są, potencjał jest, teraz jeszcze jakieś postaci, scenarzysta, montażysta… Reżyser też by się przydał. Taki, który nie bałby się zrobić serialu.

Dygresja: poświęćmy minutę by przypomnieć sobie, jak wspaniale jest opowiedziane pierwsze 45 minut Matrixa.

Interstellar (2014)

1/5

Lubię filmy Nolana. Widać pieniądze, które w nie włożono. Są duże i spektakularne, tu krótka scena napadu na bank mogła być monumentalna – dlatego czekałem na Interstellar z ciekawością. Pierwsze recenzje zapowiedziały katastrofę, ale przeplatały się z opiniami ludzi, którzy wyszli z sali kinowej odmienieni. Nie miałem pojęcia, gdzie ja będę.

Pierwsze 20 minut BARDZO mnie zaskoczyło. Nie spodziewałem się, że to będzie takie solidne kino. Dosłownie pierwsze linijki dialogu – starsza kobieta mówiąca o swoim ojcu, że „Był, jak wszyscy wtedy, farmerem” – wprawiły mnie w osłupienie. To podręcznikowa, schludna ekspozycja. Parę słów, a już zawierają w sobie bombę informacji. Już wiadomo, że jest przyszłość. I coś się stało, i zmienił się obraz ludzkości. Świat, który znamy, odszedł. Ziemię toczy piach niosący jakąś chorobę, coraz więcej roślin przestaje rosnąć, więc wszyscy rzucili się uprawiać to, co jeszcze rośnie. Główny bohater grany przez Rusty’ego jest byłym pilotem i inżynierem, teraz uprawia kukurydzę w rodzinnych stronach. Ma mądrą córkę i wychowuje ją, by była mądra, opowiada jej o czarnych dziurach i nauce. Ich relacja to najmocniejszy punkt filmu, bez dwóch zdań. W tym momencie cała historia toczy się żwawo, ale bez pośpiechu. Jest czas na wszystko i nie ma większych ograniczeń. A najważniejsze: jest pewna tajemnica. Bardzo to wszystko polubiłem. Tajemnicze znaki pojawiające się w pokoju córki, pył opadający w konkretny sposób, książki spadające w sposób, który sugeruje obecność ducha… Chciałem znać ciąg dalszy.

A potem zaczęło sporo szwankować. Mniej więcej od momentu, gdy Rusty wziął córkę i znalazł NASA. Tamci okazują się mieć plan ratunku ludzkości: opuścić Ziemię i przenieść ludzi do innej galaktyki albo tylko „nasiona” ludzi, jeśli pierwszy wariant nie wypali. Od tego momentu postaci w filmie zdają się zapomnieć, jak ludzie ze sobą rozmawiają. Wszystkie sceny przekonywania Rusty’ego do tej podróży poziomem merytorycznym są zbliżone do przygotowywania Logana i wysłania go w przeszłość w Days of Future Past. Bardziej rozbudowane, dłuższe i mają więcej szczegółów, ale znaczy je ten sam pośpiech i brak powagi. Nie robią w tym momencie tego, co zrobiliby normalni ludzie. Nie potrafią prosto i od razu powiedzieć, o co im chodzi, i nawet nie prześpią się z tą decyzją, nie dojdą do niej jak prawdziwy ludzie dochodzący do jakichś wniosków.

Przeczytałem w tym roku dwie książki Asimova wywodzące się z nurtu Hard-sci/fi, obie bardzo mocno oparte dramaturgicznie na tzn. „science mambo-jambo” i rozumiałem je bez problemu, nawet bez wczytywania się i powtarzania po kilka razy. Zrozumiałem, jak działały podróże w czasie albo czemu ludzie urodzeni na Księżycu żyli bez ubrań i nie mogli podróżować na Ziemię. Interstellar wykorzystuje na pewno teorię hiperprzestrzeni, czyli podróży z jednego miejsca do drugiego jakby te były obok siebie, gdy w rzeczywistości oddziela je wiele lat świetlnych. Potem jednak zaczęło się rzucanie terminami takimi jak „grawitacja” w znaczeniu innym niż po prostu siła przyciągająca… chyba. I tego nie wyjaśniają w żaden sposób. To byłoby ok, nie miałbym z tym żadnego problemu – jestem niewykształcony, moja wina, a film jest kierowany wyłącznie do tych, którzy zgłębili temat na własną rękę. Pochwaliłbym to, ale jednocześnie, obok niewyjaśniania co się dzieje, jest masa scen, w których inne rzeczy wyjaśniane są w bardzo dosadny, bardzo banalny sposób. Teoria hiperprzestrzeni wyjaśniana za pomocą przebijania ołówkiem kartki papieru, postaci posługują się metaforami i przykładami z książki dla dzieci. A zamiast „science mambo-jambo” jest „emotional mambo-jambo”, gdy bohaterowie mówią takie rzeczy, jak: „Może miłość jest kluczem do wszystkiego, odpowiedzią ostateczną, tylko jeszcze jej nie rozumiemy do końca”. A więc to jest film dla studentów fizyki czy niedojrzałych nastolatek, wpadających co jakiś czas w depresję, bo gdy jedzą pączka to myślą, że go w ten sposób ranią? Tu nie ma nic pomiędzy.

Interstellar podzielił ludzi na dwa obozy. Jeden chłonie opowieść, cokolwiek to znaczy, drugi czepia się, że wiele kwestii nie wyjaśniono lub nie rozwinięto, jak trzeba. Garret z kolei… głównie się nudził. Jakiekolwiek wykorzystanie tematu ocalenia ludzkości i drugiej szansy dla człowieka było bardzo płytkie, wykazując się wtedy o wiele mniejszą wiedzą lub empatią niż twórcy Battlestar Gallactica albo David Weber w Schronieniu. Nie miałem czego podziwiać. Wszystkie ujęcia planet czy pierścieni wokół nich były całkiem… podstawowe. Słyszałem, że ludzie porównują tę produkcję do Grawitacji, teraz nie wiem dlaczego. Chyba nawet na palcach jednej ręki można by było wyliczyć wszystkie ujęcia, w których pokazano postaci w stanie nieważkości. Nie sceny, ale ujęcia. Zwykle pokazywano tylko ludzi w kombinezonach z twarzą przy ścianie i to wszystko. Nie czuć było przestrzeni za kadłubem, stanu nieważkości, nie zachwyciłem się ani razu scenografią tudzież widokiem Wędrowca z odległości tych setek tysięcy kilometrów. Ledwo w ogóle coś widziałem przez okna, bardzo rzadko i bardzo niewiele pokazywano coś oprócz wnętrz i tej garstki aktorów. To zaskakująco ciasny i kameralny film, w którym kamera nie miała co przedstawiać widzowi. Sporo tu schematów, kilka z nich było wyciąganych z szuflady pt. „Na ostatnią chwilę” (dwa słowa: Matt Damon). Cała fabuła jest sztampowa i nikt z załogi w ogóle jej tak naprawdę nie urozmaica. Postaci to w większości przedmioty – czarny to czarny, czwarty to czerwona koszulka, Anne Hathaway to baba w kosmosie, która w głupi sposób doprowadzi do śmieci towarzysza, a przez resztę filmu Rusty będzie gadać z robotem, który okaże się mieć więcej informacji i najczęściej będzie bardziej przydatny. Jest tu kilka emocjonujących momentów, wszystkie jednak znaczy ten sam pośpiech, brak zaangażowania, niechęć do zatrzymania się i pełnego przeżycia danej chwili przez samego widza. Zamiast tego, trzeba mówić jakieś banalne kwestie, w stylu: „Zaczynamy… Jesteście gotowi?” przy opuszczeniu Układu Słonecznego. Ależ ta produkcja potrafi być płytka…

Najlepszy moment: Rusty zostawiający rodzinę i odjeżdżający z farmy. Wsiada do samochodu, silnik hałasuje, nagle zaczyna się odliczanie z offu: 10… 9… 8… W pewnym momencie dźwięki auta okazują się rykiem startującej rakiety. Gdy odliczanie dojdzie do zera, następuje cięcie i odjeżdżający samochód staje się promem kosmicznym, a bassy z głośników telepią Garretem siedzącym w czwartym rzędzie sali kinowej. Super chwila!

Najgorszy moment: zakończenie. Poważnie się zastanawiam, czy było głupsze od tego w pierwszym Supermanie, czy może jednak nie było aż tak źle. Nie przeszkadza mi to, że wywołuje ono tyle pytań, ile cały film ma pikseli. Przeszkadza mi, że wzięło się z niczego, że jest leniwe i twórcy na jego potrzeby wymyślili sobie tak wiele wygodnych zasad, według których ich film ma od teraz działać, które nijak się mają do reszty filmu – plus, zwyczajnie zawodzi. Wzięto cytrynę, pokazano ją widzowi, powiedziano, że to niebieskie kiwi i gdy ten wyrzuci je przez okno, to będzie najedzony przez trzy tygodnie, bo teoria strun. I zrobiono to z ogromną powagą.

Przed zakończeniem, Interstellar odbierałem jako przeciętne, nudne kino, z kilkoma udanymi elementami. Twórcy akurat się nudzili, wzięli z półki jeden schemat fabularny i wykorzystali go w podobny sposób, jak wykorzystuje się komedię romantyczną w okolicy Walentynek. Potem obejrzałem zakończenie, zawodzące moje oczekiwania, które samodzielnie wcześniej we mnie umieściło, Ja wiem, że po napisaniu tego testu, Interstellar opuści moje życie i tyle – jedyne co mi dało to pomysł na spektakularny film, który będę się zapewne bał dotknąć przez najbliższe kilka lat, bo na razie mnie przerasta swoimi rozmiarami. Są ludzie, którzy wyszli z sali kinowej odmienieni, i im nawet zazdroszczę w pewnym sensie takiego uczucia po trafieniu na „swój” rodzaj kina. Jeśli kiedyś się spotkamy, np. na przyszłorocznych Nowych Horyzontach, chętnie uścisnę wam rękę.

Dunkierka ("Dunkirk", 2017)

5/5

Trzeba to zaznaczyć od razu: „Dunkierka” operuje między innymi uproszczeniami. Już w pierwszych kilku scenach widzimy choćby żołnierza ustawiającej się tam, gdzie wcześniej strzelał wróg; zaraz potem ten sam żołnierz ściąga portki i kuca, a dopiero potem orientuje się, że ktoś przy nim jest obecny; po scenie bombardowania z kolei niektórzy żołnierze nie podnoszą się – a ocaleni nawet nie spoglądają na nich, by sprawdzić ich stan. „Dunkierka” jest też jednym z tych tytułów, który poświęca logikę po to, by stworzyć bardziej imponujący wizualnie kadr. Przez to czasami możemy patrzeć na ekranie i przez moment odczuć brak naturalizmu w postawie aktorów, bardziej pozujących niż grających – bo tak właśnie rodzą się najpiękniejsze kadry filmu, te najbardziej złożone i treściwe.

Podejrzewam, że „Dunkierka” zaczęła swoje życie nie od pomysłu na samą produkcję, ale na jej formę. Christopher Nolan (reżyser) na tym etapie ma warunki, by realizować, co tylko chce – i to w zasadzie za takie pieniądze, jakie chce. Mogę więc sobie wyobrazić, jak wpadł najpierw na pomysł historii łączącej trzy plany czasowe, każdy trwający inną długość, ale oba będą prezentowane na ekranie jednocześnie. Czy da się to zrobić? Czy to będzie czytelne? Czy to w ogóle ma sens i sprawdzi się jako film?

Odpowiedzi są jak najbardziej pozytywne. Autor temat pod swój eksperyment znalazł w ewakuacji z Dunkierki. Miało to miejsce podczas 2 wojny światowej i z grubsza chodziło wtedy o uratowanie prawie pół miliona żołnierzy, mając do dyspozycji środków tyle, by przenieść mniej niż 50 tysięcy. Historia jak historia, wojna jak wojna, ale to właśnie forma ten film wyróżnia. I muszę powiedzieć, że „Dunkierka” okazała się sukcesem na każdym możliwym polu.

Najbardziej zaskoczyło mnie, jak niewiele w tym filmie jest słów i jak wiele pomysłów mieli twórcy na to, by wyrazić coś spojrzeniami, zachowaniem żołnierzy – czyli obrazem. „Dunkierka” jest definicją wizualnej opowieści. Scenarzysta tak czytelnie prowadzi akcję, że nie musimy nawet znać imion bohaterów – i bez tego wiemy, kim są i ich pamiętamy. Rozumiemy ich zachowanie, co czują i co myślą, tylko poprzez spojrzenie na nich. Zresztą, oni sami między sobą porozumiewają się dokładnie tak samo jak widz z nimi. Doskonała robota. A wizualnie to piękność nad piękności! Sceny latania nad morzem, przelot nieaktywnego samolotu nad plażą, tonące statki pełne ludzi – mogę tylko wymieniać te i wiele innych sekwencji, bo słowa nigdy nie oddadzą piękna kryjącego się w tej produkcji.

Aha – jeśli właśnie kupiliście głośniki w cenie obu nerek i szukacie produkcji, która wykorzysta wasz sprzęt, „Dunkierka” jest idealnym wyborem. Ten film ma dosłownie własny rytm serca, a pierwszym wielki MOMENT jest niemal na samym początku, kiedy to żołnierz biegnie w stronę plaży, a niski podkład muzyczny jest idealnie zsynchronizowany z jego krokami. I tego jest potem jeszcze wiele, wiele więcej. Naprawdę warto nabyć tę produkcję legalnie, zamiast ściągać pliki ważące kilka gigabajtów. Twórcy takich rzeczy oszczędzają właśnie na warstwie audio.

Wracając do tematu eksperymentu, ten udał się jak najbardziej. Tak, są tutaj trzy linie fabularne o różnym czasie trwania – oglądamy więc tydzień z życia żołnierzy na plaży; dzień z podróży zwykłego obywatela, który swoją prywatną łodzią udaje się w kierunku plaży, aby pomóc wojakom; a także godzinę z życia pilota wojskowego, który leci, aby pomóc walczącym w starciu z przeciwnikiem w powietrzu. Efekt jest doprawdy niezwykły – całość jest spójna, żaden z wątków nawet raz nie przeszkadzał podczas seansu poprzez zabieranie uwagi od innego. Jest wprost przeciwnie: te wątki zaczynają się wspierać nawzajem, tworząc coś więcej – chociażby w scenie, w której zarówno pilot lądujący na środku morza, jak i żołnierze ewakuujący się z plaży w dziurawym kutrze zaczynają tonąć. Uciekający z każdym hektolitrem czas wydaje się wtedy ponad podziałami, jakby to cały świat tonął, a nie tylko te dwa punkty, oddalone od siebie o wiele kilometrów. Nie pomaga przecież wtedy nawet przejście do innego wątku, innego czasu i innego bohater – bo u niego jest dokładnie to samo. A im bliżej finału tym zamysł twórców spełnia się coraz wyraźniej. W końcu dochodzi do tego, że poszczególni bohaterowie spotykają się, a widzowie są na tyle zaznajomieni z nimi, że można już pokazać mu akcję jednocześnie pod każdym możliwym kątem. Wszystkie zalety filmu kulminują się wtedy – doskonałe korzystanie z języka obrazu, dźwięk, montaż, wizualne piękno… To trzeba zobaczyć.

Najważniejsze jest oczywiście, że ten film działa jako film, jako opowieść. Kolejna produkcja w kostiumie drugiej wojny światowej, jeden tylko epizod, na dodatek bez komentarza z perspektywy czasu. Nie ma tu nawet jednej uwagi w stronę rządzących lub dowódców. To nie jest też szczególnie przyjemny epizod konfliktu, żeby o nim opowiadać z głową do góry. Mnóstwo ludzi umarło, cała operacja była katastrofą do kwadratu i mało kto rozumiał z tego cokolwiek, bo z boku wszystko to było jedynie statystyką. Twórcy podchodzą do tego w następujący sposób: udało się chociaż tyle. Mogło być o wiele gorzej. A znalezienie chociaż jednej uniwersalnej pozytywnej nuty między całym tym chaosem jest czymś, co umiem docenić.

PS. Na Chili pisze niby, że film jest z polskim dubbingiem. Jednak nie. Są polskie napisy albo je wyłączasz, to wszystko.

Opinia o filmie

Tenet (2020)

3/5

Kilka osób zapytało mnie: „I jak Tenet?”, i za każdym razem odpowiadałem: „Meczący”. Odradzać nie odradzam, w sumie nawet polecam – bo zapada jednak w pamięci, zostawi tam kilka scen. Parę razy zrobi wrażenie, gdy się go ogląda na dużym ekranie.

Fabula z grubsza przypomina tego mema z prezydentem, który na komunikatorze Internetowym nawiązuje kontakt z obywatelem, daje mu karabinek i każe wypierdalać na linie frontu, na co rekrut odpowiada: „ku chwale ojczyzny, panie prezydencie”. Otóż w Tenecie bohater walczy o słuszną sprawę i ratunek dla całego świata, ale poza końcówka wydaje się raczej samotnym człowiekiem, który robi wszystko na własną rękę – ewentualnie z kolegą- zamiast członkiem organizacji, częścią większej całości, w której jest jakiś zorganizowany zespół. Przez to ta monumentalna historia wydaje się malutka, rozgrywając się z udziałem trzech ludzi, z czego jeden drugiemu chce strzelić w łeb, a trzeci próbuje do tego doprowadzić w odpowiednim czasie. Tak nie powinna wyglądać fabuła, w której ważą się losy świata. Bohaterowie raczej nie są ludźmi, ich motywacja to motywacja scenarzysty, a postaci robią to, co jest potrzebne i już. Wszelki pierwiastek ludzki to wynik błędu – umierają za słuszną sprawę bez momentu zawahania się i z uśmiechem na ustach. Wyjątkiem jest postać Kat, kompletnie oderwana od rzeczywistości osoba, która nie wytrzyma dwóch sekund bez przypomnienia, że to ona jest najważniejsza w tym całym złożonym bałaganie, który możne zakończyć losy całego świata. Ktoś mówi, że jak czegoś nie zrobią, to umrą wszyscy ludzie na świecie – na co Kat zawoła: „W tym mój syn!”, co będzie pewnie głupotą dekady mainstreamowego kina. Scenariusz jest okropnie skonstruowany, wielokrotnie marnując czas widza, prezentując mu długie sceny tylko po to, aby dostarczyć małą informację – za to sposób ekspozycji i wykorzystania zasługuje po prostu na naganę. Nie jest to tytuł trudny w zrozumieniu – jedyne, co stanowi dla mnie zagadkę, to, w jakim stopniu całe fabularne skomplikowanie było w ogóle potrzebne. Świat fabularny przedstawiono w skrótowy sposób, odpowiadając na kilka losowych pytań, całą resztę zostawiając na wierzchu – a przecież to dosyć typowa fabula o tym, że wiemy, co nastąpi. I staramy się coś z tym zrobić. Widzieliśmy już takie historie!

Trzeba jednak zaznaczyć, że fabularnie poruszone są w świadomy sposób liczne ważne tematy – jak choćby liczenie się z konsekwencjami naszych działań czy myślenie o świecie jutra, jaki stworzymy. W pretensjonalny sposób to podano, ale jednak.

Muzyka jest solidna i zauważalna, efekty specjalne wpadają w oko i to dzięki nim film zostanie zapamiętany. Nie jako całość, blisko trzygodzinne doświadczenie, ale właśnie coś, co zawiera te pojedyncze momenty – akcja z samolotem na lotnisku, podwójna scena walki wręcz na korytarzu, po trochu też całe to militarne bieganie na końcu. Twórcy ze wszystkiego wydają się pragnąć zrobić moment, minihistorię wartą pokazania w jakiś sposób (póki tym powodem nie jest treść). Mniej więcej cały pierwszy akt – poza prologiem – to seria scenek, w których bohater stara się z kimś pogadać. I jedna rozmowa mało dająca prowadzi do następnej, ale przynajmniej są okazją, aby zrobić moment – bo żeby z kimś pogadać, trzeba będzie np. do niego wyskoczyć. Z jednego wieżowca na drugi. Nolan ma talent do znajdywania akcji w interesujących motywach fabularnych, tylko tym razem to szukanie nie było zbyt potrzebne.

Trzydzieści lat temu powstał odcinek Star Treka TNG: „Yesterday’s Enterprise”, który polecam o wiele bardziej od Tenet. To również historia z podróżowaniem w czasie, o konsekwencji rzeczy, do których nie doszło, ale zaprezentowana o wiele czytelniej i w bardziej przejmujący sposób. O ile Nolan tylko chce poruszać te wszystkie ważne tematy (jak liczenie się z konsekwencjami naszych działań czy myślenie o świecie jutra, jaki stworzymy), to tamten odcinek ST:TNG faktycznie to robi.