Chinatown (1974)

Chinatown (1974)

17 kwietnia 2018 Kryminał 0
chinatown poster
Roman Polański & Jerry Goldsmith
Jack Nicholson & Faye Dunaway & John Huston
Piękne plenery & Bez wody & Za to całkiem brudne

Wciągająca historia o ogromnej wadze i zakresie, która ostatecznie prowadzi do jednego z bardziej gorzkich doświadczeń w historii kina.

 

Pierwsza połowa XX wieku. J. J. Gittes jest prywatnym detektywem w Los Angeles, właśnie dostał zlecenie śledzenia Pana Mulwraya. Żona podejrzewa, że jest przez niego zdradzana, stąd prośba. Schody zaczynają się, kiedy prawdziwa żona Pana Mulwraya pojawia się w gabinecie Gittesa i oświadcza, że nigdy żadnego śledztwa mu nie zgłaszała. Wkrótce potem sam Pan Mulwray zostaje znaleziony martwy. Gittes podejrzewa morderstwo.

Chinatown” jest znakomicie opowiedziany, to trzeba przyznać. Początkowe sceny są niemal w całości wizualne – pokazują pracę detektywa, który jedynie obserwuje i wyciąga wnioski z tego, czego był świadkiem. Węszy i pyta przy okazji, o co może, bo nigdy nie wiadomo, jaki detal może się przydać. Wymaga to przy okazji zaangażowania od widza, prezentując mu jednocześnie zbiór tajemniczych wydarzeń. Historia zmierza cały czas do przodu, przybiera na skali i wadze, angażując coraz więcej postaci i motywów, bez przerwy zachęcając do zadawania pytań: o co tu chodzi? Intensywna przygoda trwa aż do końca, kiedy to w finale oglądamy najmocniejsze elementy i dowiadujemy się, czym jest tytułowe Chinatown.

Co z tego wszystkiego wynika? Jedno z najbardziej gorzkich tytułów w historii kina. Filmy czy sztuka ogólnie od dawna już nie umie prezentować postaci większych niż życie, które dają sobie radę z każdym wyzwaniem, ale to nie jest przykład czegoś takiego, bo w „Chinatown” mamy właśnie postać inteligentnego detektywa, który potrafi o siebie zadbać pomimo przeciwności losu. Jest jednak bohaterem w opowieści, która nie za bardzo skupia się na jakichś wartościach. Przez całą pierwszą połowę jedyną sceną, która mogłaby adresować ten wymiar, była ta u fryzjera, kiedy to postronny klient kpi z Gittesa i jego pracy, na co ten się obraża i zaczyna bronić własnego honoru, a swój zawód nazywa „uczciwym„. Nie ma więc licznych momentów, w których Gittes się angażuje. To zresztą może być przyczyna tego, co się stało w finale – ale przecież nikt nam nie może obiecać, że cokolwiek w tym wszystkim mogłoby się potoczyć inaczej.

Znamienne jest, że główny bohater jest mało istotny w ostatnich minutach. W ogóle cały film prowadzący do tych kilku minut zdaje się tak naprawdę zbędny – śledztwo, walka i robienie wszystkiego, aby zrozumieć całą intrygę, to wszystko traci na znaczeniu i prowadzi donikąd. Wtedy dopiero bohater walczy ze sobą i chce się zaangażować. „Chinatown” paradoksalnie opiera się na tym, że do niczego nie dochodzi. Rzeczy się dzieją, ale pozostaje uczucie pustki – i ta pustka, to „nic„, jest tak naprawdę „czymś„. Czymś, o czym opowiada cały film.

****

Chyba udało mi się uniknąć spoilerów? Ostatnio widziałem „Chinatown” w lipcu, a wcześniej w 2007 lub 2008 roku – i dziś jest pierwszy raz, kiedy cokolwiek o tym tytule piszę. Musiałem obejrzeć trzeci raz i mocno się napocić, by uzasadnić swoją ocenę. To tytuł, który znakomicie się ogląda i wróciłem do niego z przyjemnością, ale nie mogę czegoś takiego wpisać jako uzasadnienie, prawda? Nie znalazłem nic, co mogłoby mi pomóc zrozumieć fenomen tej produkcji, czemu znajduje się na listach najlepszych filmów w historii. Czemu mam mu dać wyższą ocenę, co mi umyka? Nie było na to odpowiedzi, zdaje się. To trochę smutne. Wiem, że moje opinie rzadko są recenzjami, częściej to wstęp czegoś w stylu rozprawki, wskazujący kierunek, w którym moje przemyślenia mógłby pójść, gdybym pisał o produkcji, zdradzając jej treść. Na razie chcę tylko dotrzeć do ludzi, którzy filmu nie widzieli, albo nie podzielają zachwytu nad nim. Zapewne wrócę do „Chinatown” później w tym roku, gdy znowu wrócę na Amazon Prime. Tam jest tak niewiele filmów, że nawet kontynuację obejrzę. Wtedy napiszę felieton o filmie Polańskiego.

PS.

Forget it, Jake, it’s Chinatown” – teraz jeszcze mniej mi się mieści w głowie, jak autorzy „Inside Out” mogli okazać tak głęboką pogardę i brak szacunku dla tej kwestii. Przecież to przekracza ludzkie możliwości jakieś nieskończoną ilość razy.