Być albo nie być („To Be or Not to Be”, 1942)

Być albo nie być („To Be or Not to Be”, 1942)

25 lipca 2018 Opinie o filmach 0
Ernst Lubitsch
Jack Benny
Warszawa & Londyn & Hitler

Być albo nie być, ty jesteś jak zdrowie, gdy Henryk, Król Duński, przyjedzie na krowie. Czy jakoś tak.

Warszawa pod okupacją. Z Londynu leci do polskiej stolicy „nasz człowiek„, który poza wykonaniem tajnej misji ma też przekazać kilka wiadomości prywatnych do rodzin osób, które nie zdążyły albo nie mogły opuścić kraju. Niestety okazuje się, że „nasz człowiek” taki „nasz” jednak nie jest, dlatego rusza za nim żołnierz, aby zapobiec nieszczęściu i przy okazji zdobyć rękę aktorki. We wszystko oczywiście wmieszają się ludzie z grupy teatralnej lubującej się w wystawianiu Szekspira.

Akcja filmu (nakręconego w 1942 roku!) zaczyna się w sierpniu 1939 roku. Oferuje znakomitą intrygę komediowo-kryminalną, za fundament traktując drugą wojnę światową. Wszystko jest więc nieco spłycone, ale często w uzasadniony sposób. Takie tortury nazistów są przedstawione pomiędzy dawnymi przyjaciółmi, którzy obecnie są po innych stronach, jeśli chodzi o poparcie Hitlera. Oparte są na groźbach – i pomimo brytyjskiej flegmy oraz komediowej nuty w dialogach wciąż można w tych insynuacjach wyczuć realne zagrożenie, oraz pokaz siły. Słowa nie są wtedy tylko słowami, ale autentycznym pokazem możliwości tego, co gestapo było w stanie zrobić z człowiekiem, jeśli tylko będzie mieć na to ochotę. Już pierwsza scena pokazuje metody manipulacji, kiedy Hitlerowiec przesłuchuje podstępem dziecko, wypytując o poglądy jego rodziców. Zagrożenie nigdy nie jest nazwane wprost, ale jeśli wiemy, co oglądamy, to widzimy też, że twórcy też to wiedzieli. Poruszali się oni wtedy jeszcze nieco po omacku, ale mimo wszystko udało im się pod płaszczem komedii opowiedzieć o dramacie wojennym – w konflikcie, który tak naprawdę dopiero miał się rozkręcić. Nie można więc oczekiwać faktów, jednak do tragedii odniesiono się z komediowym szacunkiem. Czułem wyraźnie, że twórcy chcą opowiedzieć o życiu osób będących pod okupacją – po prostu najlepiej by im to wyszło w formie komedii.

Intryga, historia, dialogi – to wszystko trzyma wysoki poziom, a humor? Jest wyborny! Pomiędzy slapstickiem i przerzucaniem się dwuznacznościami jest również w „Być albo nie być” mnóstwo żartów poważniejszych. Na samym początku, jeszcze zanim wybuchła wojna, grupa teatralna chciała wystawić w Warszawie sztukę o Hitlerze. W dniu premiery jednak odwołano produkcję, bo obawiano się urazić kanclerza z zachodu. Następna scena – Hitler zaatakował Polskę. I tyle z dbania o poprawność polityczną, ubaw po pachy i żart, który w ostatnich latach tylko nabrał kolejnych znaczeń. W późniejszej części filmu dowiadujemy się też, co ludzie robili, gdy Hitler kazał im skakać z lecącego samolotu. A skoro o Hitlerze piszę – gdy ten wchodzi do pomieszczenia, to wszyscy inni mówią: „Heil Hitler„. A wiecie, co mówi on sam?

Zaskakujące jest, że to tytuł tak mało znany w Polsce (praktycznie w ogóle), chociaż to jeden z nielicznych sprawiedliwie mówiący o sytuacji Polski. Kraj zaatakowany z zaskoczenia, walczący w podziemiu, nawet można tu i tam znaleźć odniesienie do „Polskich obozów śmierci” i śmiania się z tego, że ktoś w to wierzy. Wszystkie nazwy ulic, napisy na witrynach lub ścianach, to autentyczny polski język, nazwiska bohaterów są wymawiane w należyty sposób. Jedynie „Józef” to „Joseph„, a „Teatr Polski” jest traktowany w połowie jak nazwa własna z jakiegoś powodu („Theatre polski„). Nie można więcej wymagać po tytule z 1942 roku nakręconym przez Niemca, który uciekł do USA.

Bawiłem się naprawdę dobrze!