Blade Runner 2049 (2017)

Blade Runner 2049 (2017)

31 grudnia 2017 Science-Fiction 0
blade runner 2049
blade runner 2049 poster
Denis Villeneuve & Philip K. Dick & Roger Deakins
Ryan Gosling & Harrison Ford
Kolor żółty & Kolor żółty & Kolor żółty

Znakomita kontynuacja. Zachowuje niepowtarzalny styl, adaptuje go na swoje użycie, do tego skrywa kawałek fascynującego sci-fi, chociaż mógłby go trochę bardziej odkryć. Dziękuję.

Druga część filmu uznawanego za jedna z największych arcydzieł w historii kina rozgrywa się 30 lat po wydarzeniach z pierwowzoru. Android K. poluje z rozkazu ludzi na inne androidy – te, które się zbuntowały. Podczas wykonywania jednego z zadań trafia na ślady kości kobiety, która musiała umrzeć przy porodzie. Problem w tym, że również była maszyną. W takiej sytuacji odnalezienie jej potomka staje się celem numer jeden. W tym wszystkim K. zaczyna podejrzewać, że sam jest tajemniczym dzieckiem, na które poluje… Czy androidy śnią o posiadaniu snów?

Już w swojej trzeciej scenie scenarzysta prezentuje widzowi prawdziwą zagadkę wizualną – główny bohater wraca do mieszkania, zjada posiłek i daje prezent swojemu robotowi domowemu. Z jednej strony, scena ta zasługuje na krytykę, bo do niczego nie prowadzi. To tylko zapchajdziura między dwiema ważnymi scenami, które nie mogły nastąpić jedna za drugą – w pierwszej K. przynosi kości do badania, w drugiej odbiera wyniki badań. Jeśli nie byłoby przerwy między nimi, podczas seansu wydałoby się to nienaturalne. Od razu cały świat wydaje się nieszczery, pusty, zupełnie tak, jakby nic w nim się nie działo poza opowiadaną historią. Trzeba było coś zrobić, żeby pokazać, że bohater ma własne życie. Mógłby w tym czasie zrobić cokolwiek, usiąść w kącie i wypić kawę. Problem w tym, że na tym się zatrzymano – na czymkolwiek. Powrót protagonisty do mieszkania do niczego nie prowadzi. Jest istotny w późniejszej części, ale na chwilę obecną wywołuje znużenie – chociaż jest dobra, to nie wpasowuje się płynnie w całość. Nie wynika z wcześniej sceny, nie prowadzi do następnej. A jeszcze nie minęło 30 minut w filmie, który sam w sobie ma wolne tempo – i to poważny problem.

To powiedziawszy, scena sama w sobie jest cholernie dobra, bo oferuje wizualną zagadkę. Jako widzowie zastanawiamy się wtedy, jakie są motywacje bohatera, co oznaczają jego spojrzenia i działania, kim tak naprawdę jest i co sobie myśli. Ma w domu robota, który generuje hologram – obraz kobiety, pani domu, kucharki, jego żony nawet. Ów robot jest dla niego bardzo miły, wdzięczny i kochany. Prowadzi z bohaterem rozmowę, nawet mu gotuje, ale ten posiłek też jest hologramem nałożonym na zupę z robaków (źródło białka). Przed posiłkiem jednak daje swojemu robotowi prezent – aktualizację, która pozwala na rzucanie hologramu niezależnie od odległości od maszyny. Teraz ta dziewczyna może wyjść z domu głównego bohatera! Dochodzi do zbliżenia na tarasie, w deszczu, ale niestety, praca wzywa – K. spogląda przez ramię na hologram i go wyłącza.

Co się tak właściwie stało w ciągu tych kilku minut? Dlaczego K. tak właśnie żyje? Czy ma inny wybór? Czy wierzy w to wszystko, posiłek i całą resztę? Dlaczego traktuje w ten sposób swojego robota – robi to dla niej czy dla siebie? Chce być kochany, czy też chce być właścicielem? Czy chce w któryś z tych sposobów być człowiekiem? Tak naprawdę, na tym etapie każde z tych pytań jest kotem Schrodingera. Prawdopodobne jest nawet, że potem prawda okaże się jeszcze inna, tylko właściwej opcji w ogóle nie przewidywaliśmy.

To powiedziawszy – scenariusz „Blade Runnera 2” jest poważnym problemem. Nie znaczy to, że jest tragiczny, wyżej poświęciłem trzy akapity, aby zaprezentować największą jego siłę: operowanie symbolami. Jeśli jednak chodzi o historię lub dopisywanie kontynuacji ciągu dalszego do takiej produkcji jak pierwszy „Blade Runner„, tutaj już skrypt wygląda mniej atrakcyjnie. Przede wszystkim, film jako taki myśli, że jest oparty o historię, kiedy tak naprawdę oparty jest o głównego bohatera. Oglądam i widzę, że dokonano odkrycia, trzeba je zbadać, poznać jego źródło, iść tam i pytać o tego… Wydaje się, jakby tu chodziło o poznawanie fabuły, ale nijak nie byłem w to zaangażowany. Koniec końców historia tak naprawdę stoi w miejscu i nic się nie zmieniło przez cały film. Zmienił się jednak bohater. To o niego tu chodziło przez cały czas – jak kolejne sceny wpływały na niego, pozwalały mu na rozwój, ewolucję. To on sprawia, że „BR2” jest całością – pod każdym innym względem mógłby zostać podzielony na dwie części, z czego pierwsza kończyłaby się po 100 minutach. Trwa godzinę dłużej, aby nasz bohater dokończył swoją podróż. Wszystko jednak dzieje się w większości albo przez mówienie na głos, żeby widz zrozumiał, albo przez kompletne niedomówienia. Zrozumienie go jest jednak niezbędne, żeby na koniec nie mieć wrażenia straconego czasu na filmie, w którym nic się nie działo. Mało prawdopodobne jest, że osiągniecie to jeszcze w trakcie filmu – nad tym trzeba przysiąść, poukładać sobie różne rzeczy, zastanowić się nad perspektywą K. i dopiero wtedy coś z tego wyniknie.

Z drugiej strony, znając tradycję serii, za jakiś czas okaże się, że moje uwagi mają swoje źródło w montażu. Dostaniemy inną wersję „BR2„, inaczej zmontowaną i wtedy moja reakcja będzie zupełnie odmienna. Trzymam kciuki, bez ironii.

Jest jeszcze pytanie odnośnie do tego, jak ten tytuł wypada pod kątem bycia kontynuacją. Moja odpowiedź brzmi: słabo. Nie ze względu na poziom filmu lub „niedorastanie do oczekiwań„, nie. Problemem jest, jaki kierunek został tu wyznaczony, a ten najprawdopodobniej zapowiada przepisanie nowej trylogii „Planety Małp„. Nawet nie muszę się rozpisywać, to jedno zdanie wszystko wyjaśnia. To zapewne z mojej strony martwienie się na przyszłość, niemniej to chyba argument, który przeważa kwestię „Który film jest lepszy?„. Tak na ogół będę mówił, że tych dwóch tytułów nie powinno się porównywać – BR z 1982 roku było unikalnym doświadczeniem filmowym, „BR2049” jest już bliższe standardowej produkcji, nastawionej na opowiedzenie fabuły itd. Dwa różne typy kina, niemniej pierwszy wiedział, co robić – był małym obrazem i tego się trzymało. Mieliśmy tam jednego człowieka, który radzi sobie ze światem wokół w swoim zakresie – to wszystko. Kontynuacja zapowiada z kolei rewolucję, przewroty i całą resztę schematów, które nijak nie pasują do tej serii filmów. Czas pokaże.

Blade Runner 2049” sam w sobie jest znakomitą kontynuacją. Zachowuje niepowtarzalny styl, adaptuje go na swoje użycie, do tego skrywa kawałek fascynującego sci-fi, chociaż mógłby go trochę bardziej odkryć. Dziękuję.

Momenty płaczu

Po pierwszym seansie zapisałem sobie w myślach, żeby przy kolejnym zwrócić większą uwagę na momenty płaczu. Miałem wrażenie, że są bardzo istotne – przez jakiś czas nawet rozważałem taką opcję, że ma to związek z budową androidów (ludzie płaczą cały czas, jednak łzy są odprowadzane przez gruczoły i nie spływają nam dzięki temu po policzkach. To co kolokwialnie nazywa się płaczem w fizjologii jest „nadmiarem łez”. Teraz sam jestem co do tego sceptyczny, chociaż ludzie stojący za „BR2” znają na tyle anatomię, żeby móc wykręcić podobny numer – w innej scenie K. szuka kogoś przeglądając ciąg liter A, T, G i C. Nie jest wyjaśnione, dlaczego tak i nie jestem pewny, ilu widzów będzie to wiedzieć sami z siebie. Wy wiecie?)

W każdym razie, teraz sobie wypisałem te momenty. Coś pominąłem?

Luv płacze za plecami Wallece’a, kiedy są w pokoju razem z „nowym człowiekiem” w reakcji na jego narodziny.
Ana płacze prawie na wspomnienie tego, co miała w życiu, zanim została odizolowana, a chwilę potem płacze naprawdę, gdy ogląda wspomnienie K. i odkrywa, że jest ono prawdziwe. Potem dowiadujemy się, że to wspomnienie należy do niej.
Joi płacze, kiedy K. opowiada jej o byciu specjalnym.
Luv płacze, kiedy oznajmia, iż zamierza okłamać Wallece’a i w ten sposób ujdzie jej na sucho morderstwo. Wciąż jest jednak pod wpływem gniewu na wieść, że cudowne dziecko mogło zostać już zabite.