Biały kanion („The Big Country”, 1958)

Biały kanion („The Big Country”, 1958)

25 maja 2014 Western 0
Big country poster
William Wiler

McKay, kapitan statku, po latach przygód na wszystkich oceanach Ziemi postanawia się osiedlić na dzikim zachodzie. Małe miasteczko, dobry teren, do tego narzeczona czekająca na niego.

Nie wie, że tutaj toczy się walka między dwiema grupami, a on wmiesza się w jej środek, do tego zostanie wykorzystany jako powód do kolejnej awantury. Sam McKay okaże się nie pasować do tego świata – nie nosi broni, ma głupi kapelusz i zaczepiony zachowuje spokój. Przyszła żona jest zawiedziona, z czasem coraz mocniej.

Moje pierwsze wrażenie było mocno ujemne, bo film wchodzi w dupę grającego główną rolę Gregory’ego Pecka po uszy, i to nie swoje. Jego postać jest czysta, idealna i nieskazitelna, na mdłości może zebrać. Szybko to jednak zaczyna mieć swoje uzasadnienie oraz pasować do historii. To jest historia o Jamesie McKayu, człowieku wymęczonym karierą na wszelakich wodach, które zbudowały jego charakter i cierpliwość ponad wszystko. Jest tu rewelacyjna scena, gdy idzie się nauczyć jeździć na najdzikszym koniu w okolicy. Wcześniej mu to proponowali, by prawiczek poznał prawdziwe życie, ten jedna odmówił. Czyli stchórzył. A teraz, gdy była okazja i mógł sam potrenować, zrobił to. Jedna porażka za drugą, aż do zwycięstwa, po którym… poszedł do domu. Nie mówił o tym nikomu, nie chwalił się, nie przejechał się na widok i nie udawał, że to pestka. Zrobił to dla siebie, by sobie coś udowodnić, by to osiągnąć. By pokazać widzowi, że jego pewność siebie nie wzięła się z kiepskiego scenariusza tylko po latach treningu i wielu bolesnych próbach. Pod tym względem to porządne, męskie kino, w którym nieskazitelność Pecka wydaje się realistyczna – uwierzyłem, że naprawdę osiągnął wewnętrzną harmonię i życie, jakie prowadzi, przyszło mu po długiej walce. Ból, zwycięstwo, długa droga do niego z zaciśniętymi zębami oraz własna ocena ponad tym, co gadają inni. Idealnie.

To również opowieść niczym z antywesternu – jedna strona zaczepi McKaya, będą go szturchać, strzelać do niego dla zabawy, ośmieszą go. Gdy druga grupa się o tym dowie, od razu zbiorą wszystkich i pojadą dać im nauczkę. Jednak McKay nie zgadza się na to. Nie chce, by robili awanturę w jego imieniu i odłącza się zupełnie od tego, co zrobią. Mówi im, że jeśli pojadą, to tylko we własnym interesie – nie będą używać go jako wymówki. Nie ma tutaj szeryfa albo obiektywnego prawa, jedynie dwie grupy walczące, ponieważ… kto to pamięta? I między kim ona tak naprawdę się toczy? Czy są tu tacy, co mają rację? To główny konflikt filmu i jest naprawdę bardzo ciekawy – nie ma tu słusznej strony, jedynie gnój i walka pełna fałszu.

Jednak wymieszano tu trochę. Motywy antywesternu i męskość miesza się z typowym, białym westernem. Czyste ciuchy, schematyczni bohaterowie trzymający się reguł ówczesnego kina amerykańskiego, niektóre wątki też takie sobie… Niemniej, warto zobaczyć.