Bękarty wojny („Inglourious Basterds”, 2009)

Bękarty wojny („Inglourious Basterds”, 2009)

29 marca 2018 Komedia 0
Bękarty wojny poster
Quentin Tarantino & Robert Richardson & Ennio Morricone
Mélanie Laurent
Zabijanie nazistów w lesie & Zabijanie nazistów w kinie

Druga wojna światowa. Do Europy przybywa oddział specjalny Aliantów, którzy specjalizują się w zdobywaniu nazistowskich skalpów. Mają za zadanie przeprowadzić akcję, w której skutek mogą zginąć bardzo ważne osobistości Trzeciej Rzeczy. Może nawet najważniejsze….

Bękarty wojny” to jeden z dojrzalszych produkcji Quentina Tarantino – głównie dlatego, że poważnej, wysmakowanej formie i konstrukcji narracyjnej towarzyszy niemal dziecinna zabawa przy każdej okazji. W końcu co to za robienie filmu o drugiej wojnie światowej bez zabijania Hitlera? Warto też zwrócić uwagę, jak istotną rolę odgrywają tutaj bohaterowie filmowi… po swojej śmierci, właśnie dzięki pośrednictwu medium, jakim jest kino. Albo znany wszystkim fetysz reżysera względem kobiecych stóp – w „Bękartach…” jest wyraźnie pohamowany i ograniczony… Do jednej sceny, na dodatek istotnej fabularnie. Uroczy żart dla miłośników twórczości tego pana. Tego typu numerów jest w tej produkcji naprawdę sporo i największa zabawa podczas seansu polega właśnie na wyszukiwaniu ich. To, w jaki sposób wyrażana jest miłość do kina, jak przewrotnie wykorzystana jest jego potęga. To nawet bardziej kino o kinie właśnie niż drugiej wojnie światowej.

Towarzyszy temu Tarantino w swojej najlepszej formie, zarówno jako reżyser, jak i scenarzysta. Budowanie napięcia w „Bękartach…” stało się właściwie nowym złotym standardem tego, jak powinno się to robić. Wykreowane są tu długie, wielopoziomowe i złożone sceny, w których wszystko jest istotne – w jakim momencie zastosować konkretne zabiegi operatorskie, muzyczne, jak poprowadzić uwagę widza. Przywiązanie do detali jest tu czymś, co trzeba podziwiać – nigdy wcześniej ani później Tarantino nie był tak ambitny co w „Bękartach wojny„, wciąż przecież stawiając zabawę na pierwszym miejscu. Wykorzystał wyrafinowany styl, aby zrealizować majestatyczną rzeźnię podlaną czarnym humorem lepkim jak świeża krew.

Pogadajmy jednak o wadach.

Mam mianowicie wątpliwości, czy wszystkie wątki były potrzebne. Oglądając finał, miałem wrażenie, że pół filmu spokojnie dałoby radę wyciąć, zostawić tytułowych Bękartów i wyszedłby podobny efekt. Wątek snajpera, który został aktorem, wydaje się czymś, co miało pierwotnie mieć większe znaczenie, a w obecnym kształcie nawet nie warto się przyglądać i zastanawiać nad tym, czemu tak wiele energii poświęcono na rozwinięcie go. Wątek kinooperatorki to z kolei w większości powtórzenie tego, jaką funkcję pełnił inny wątek (Bękartów właśnie). „Pulp Fiction” to przykład narracji, gdzie nie ma jednej historii, wszystkie jakoś dzieją się obok siebie i nie mają większego związku ze sobą nawzajem. Całość tworzyły, jeśli już, to pod wspólnym szyldem jakiegoś tematu, ale nie na poziomie fabuły. „Death Proof” to dwie historie następująca jedna po drugiej. Żaden z tych tytułów nie popełnił błędu w tym, ale „Bękarty wojny” miały być w teorii rodzajem narracji, w której wszystkie wątki prowadzą do jednego punktu kulminacyjnego, niezależne historie spajają się w całość, i tego po prostu nie było. Tak naprawdę oglądając zakończenie najlepiej zapomnieć o prawie połowie rzeczy, które działy się wcześniej. Dobrze przynajmniej, że gdy miały miejsce, to były przyjemne w oglądaniu, ale patrząc na film jako całość – tu już zaczynają się problemy.

Nie ma to zastosowania do pierwszego seansu, wtedy po prostu się bawisz i odkrywasz kolejne niespodzianki. Teraz oglądałem drugi raz – wiedziałem, gdzie to wszystko zmierza, dlatego też miałem możliwość od razu zastanawiać się nad tym, jak to, co teraz oglądam, będzie wplatało się w „Bękarty…” jako całość.

Tak czy siak, film bez wątpienia zasługuje na te pięć gwiazdek z mojej strony. Bawiłem się znakomicie, jestem pod wrażeniem, mogę tę produkcję naprawdę podziwiać. Zazdroszczę Tarantino, że zrealizował taki film.