Ballada o Busterze Scruggsie (2018)

Ballada o Busterze Scruggsie (2018)

20 grudnia 2018 Opinie o filmach 0
ballada
Bracia Coen
Tom Waits

Udany zbiór ballad filmowych o dzikim zachodzie. Żadnej bym nie usunął i trudno mi zdecydować, którą lubię najbardziej.

Filmy antologiczne to produkcje składające się z kilku mniejszych historii, niepowiązanych ze sobą w bezpośredni sposób. Nie jest to serial, ponieważ nie ma z góry narzuconych limitów czasowych odnośnie do tego, ile każdy segment ma trwać – może to być kilka minut, może to być pół filmu. Jak z płytami Pink Floyd. W Polsce za przykład takiej produkcji służą Gangsterzy i filantropii Jerzego Hoffmana z 1962 roku, które składało się z dwóch fabuł po 45 minut.

Coenowie kreśląc Ballady… postawili na motyw główny w postaci dzikiego zachodu oraz licznych zagadnień z nim związanych. Pojedynki rewolwerowe czy napady na bank są tylko wstępem. Potem reżyserskie rodzeństwo przechodzi do opowieści szerszej – o ludziach i ich życiu w czasach, kiedy cywilizacja, jaką dzisiaj znamy, dopiero się rodziła. Oglądamy losy tak pojedynczych ludzi, jak i całych grup wciąż będących w zasięgu podstawowych zagrożeń i potrzeb. Oglądamy tu historię człowieka, którego życiowe osiągnięcie może być odebrane jedną kulką. W innej fabule z kolei poznajemy losy osoby działającej w biznesie rozrywkowym, ale nie mającym szczęścia do publiki – ponieważ ten oferuje jej rozrywkę zbyt złożoną i wymagającą, a widownia dopiero do niej dorośnie za wiele pokoleń.

Motyw doceniania teraźniejszości w starciu z przeszłością przypadł mi do gustu najbardziej, ale w tej chwili bardziej istotne jest to, że Ballady… są zróżnicowane, za każdym razem próbowane jest coś innego i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Są tutaj historie proste, których zakończenie domyślamy się niemal od razu. To mogą być proste żarty filmowe i nic więcej. Później jednak otrzymujemy historię ze zwrotem akcji, by ostatecznie przejść do segmentu, w którym zwrotu nie otrzymujemy – dokładnie powiedzą nam, czego mamy się spodziewać! – ale wciąż będziemy zaskoczeni. Mamy tu głośne i kolorowe opowieści, obok nich inna toczy się w zamyśleniu i przy małej ilości słów. Są zakończenia zabawne i przejrzyste, inne wymagają cierpliwości i kończą się dopiero w momencie, kiedy my do nich wrócimy myślami i ułożymy sobie kilka elementów. Są fabuły rozbudowane, podzielone na akty i wiele postaci – a inne mogą nawet nie mieć fabuły i bohaterów. Jeden segment co będzie przed nami, jest tylko tym i koniec, a inne mogą nas zaskoczyć użytą symboliką. Jedne opowieści pełne są nawiązań, cytatów i banalności, inne nie pasują nam do niczego i egzystują wyłącznie w swoim własnym świecie. Ważne jest, że za każdym razem cel jest osiągnięty przez twórców. Nie wszystkie historie mogą nam się spodobać. Niektóre mogą się dłużyć albo wydawać się zbędne, ale jednocześnie muszę przyznać, że to naprawdę znakomity blok krótkich metraży. I najlepszy, na jakim byłem w tym roku (a na Dwóch Brzegach zaliczyłem takich z pięć czy więcej, każdy po dwie godziny). Niespodziankom nie było końca, a seansu trudno nie polecić. Niemniej, to raczej produkcja, którą będę pamiętać nie jako całość, ale za poszczególne fragmenty. Żadnego jednak bym nie usunął, a to mocna zaleta w przypadku takiej produkcji. Z Dzikich historii mógłbym bez żalu usunąć 4 z 6 nowel (a pozostałe dwie polecam gorąco!).

Teraz tylko nie wiem, który segment lubię najbardziej. Z inwalidą? Z psem? Z szukaniem złota? Wiem tylko, że moim ulubionym motywem jest parabola w postaci użycia figury psa. A ulubiony moment pochodzi z finału drugiej części – tej z napadem na bank. Dla takich momentów powstało kino spod gatunku antologii. Obejrzyjcie koniecznie.