Avengers: Wojna bez granic („Avengers: Infinity War”, 2018)

Avengers: Wojna bez granic („Avengers: Infinity War”, 2018)

29 kwietnia 2018 Akcja 0
avengers invinity war
Bracia Russo & Alan Silvestri
Chris Hemsworth & Chris Evans & Josh Brolin
Siła, pot, łzy i kropelka krwi

Duży, satysfakcjonujący seans. Pierwszy raz poczułem się zainspirowany tytułem od Marvela.

 

W kosmosie jest zły typ, który chce rozwalić połowę wszystkiego, co żyje. Avengers zbiera szyki, aby go powstrzymać.

Mam z tym tytułem różne problemy – część jest typowa dla filmów Marvela, więc trudno zwracać znowu na nie uwagę i mieć twórcom za złe, że trzymają się zasad (nadal trudno balansować siłę bohaterów, w jednej scenie dostają po tyłku, w drugiej wygrywają samodzielnie), inne są cokolwiek zaskakujące (brak choćby jednej dużej sceny akcji w całym filmie!) – ale faktem jest, że przez dwie i pół godziny nie odrywałem wzroku od ekranu i dobrze się bawiłem. Świadomie zaprzestałem patrzeć na całość od drugiej strony i podziwiać zdolność twórców do wykorzystania lokacji, rozpisywania scen na wielu bohaterów czy pisania minidialogów pokazujących, że bohaterowie mogliby gadać ze sobą godzinami, ale nie robią tego, bo teraz stawka jest zbyt duża, więc wszyscy zamykają pyszczek, aby skupić się na pokonaniu antagonisty. Przestałem patrzeć na ten tytuł jak na osiągnięcie twórców w starciu z listą rzeczy, które mogły pójść nie tak. Zamiast doceniać JAK zostało coś osiągnięte, zacząłem doceniać, że to się udało.

Najbardziej w tym wszystkim udało się oddać ducha współpracy oraz dawania z siebie wszystko, bo tylko to się liczy, bez tego już nic nie będzie i mamy tylko jedną szansę. Faktycznie czułem podczas seansu, że to sprawa ostateczna, wymagająca wysiłku wszystkich, współpracy i tu nie ma żadnych wymówek ani chętnych, by zostać z tyłu. Każdy zaciska pięści i walczy, póki ma siłę w łapie – chociaż powiem tylko, że nie o wygraną tak naprawdę tu chodzi. To nie jest jedna z tych walk, które można wygrać, waląc oponenta w łeb wystarczająco mocno.

Przeciwnik gada od rzeczy i nie wiem, o co mu chodzi, ale przynajmniej jest skuteczny i faktycznie jest wyzwaniem. Sceny akcji są z grubsza biedne i słabo zorganizowane, niewiele z nich widać – wszystkie zresztą są bardzo skromne. Brak tu choćby jednej konkretnej, na której można się skupić – wszystkie z wyjątkiem jednej wydają się tylko przystankami, więc nawet jak jakaś scena okazuje się poważniejsza, to ja za późno się o tym orientowałem – bo jak to tak, z Thanosem we czterech tylko, kiedy duża bitwa trwa gdzie indziej? Nie no, ta bitwa musi być przecież głównym daniem, prawda? – ale tak nie jest. Zamiast mieć strukturę jak Bitwa Bękartów, to bitwa w „Infinity War” zaczyna się nagle, niespodziewanie, a potem jest przejście do innych scen i owej bitwy nie widzimy przez następne 10 minut albo i więcej. Na finale „Avengers” spędziliśmy 25 minut, bitwa na lotnisku w „Civil War” trwała jakiś kwadrans, „Infinity War” czegoś takiego nie ma.

Tak naprawdę głównym daniem jest tu zakończenie, które oferuje zupełnie nowe emocje w ramach MCU. Samo w sobie jest naprawdę znakomite i miałem ochotę na więcej, chcę teraz zobaczyć następną część oraz nadrobić „Ragnaroka” (a może i inne filmy Marvela przy okazji?). A wcześniej, zanim zakończenie mnie olśniło, również były dobre momenty. Uwielbiam wszystko, co jest związane z Thorem w tym filmie, podobała mi się też pierwsze starcie w Nowym Jorku, a ulubiony moment całości to bez wątpienia pojawienie się Kapitana Ameryki z własnym motywem muzycznym w tle. Co dziwne, bardzo dobrze będę jeszcze wspominał spotkanie Starka ze Star Lordem – owszem, wspomniane sekwencje są teoretycznie scenami akcji, ale nie mam o nich pozytywnego zdania dlatego, że miały ciekawą walkę, ale dlatego, co działo się równocześnie z wymianą ciosów (posuwanie akcji do przodu), oraz z powodu postaci w nich występujących. Mogą być prości i mieć proste relacje między sobą, ale i tak ogląda się ich z przyjemnością.

Wokół filmu jest tyle pustego gadania, że to głowa mała. Spokojnie można napisać cztery recenzje oceniające tylko to gadanie, życzenia i oczekiwania na tle filmu, który dostaliśmy, bez pisania o samym filmie nawet słowa. Co zresztą większość recenzji właśnie robi. Dla przykładu – bohaterów wcale nie jest za dużo. Kino zna już przypadki produkcji z dużą obsadą, które sobie radziły, ale nie, ludzie muszą pisać wokół filmu, jakby nie było wystarczająco dużo rzeczy, które można o nim samym napisać. Tak właściwie to dopiero w tej części czułem jakiś rozmach, bo twórcy mieli możliwość użycia tylu postaci. Zamiast jednego gościa ratującego świat bijąc się z armią w obrębie dwóch skrzyżowań, teraz mamy faktyczny tłum ludzi i kosmiczny rozmach. Bez tych postaci i tylu wątków oraz lokacji ten film byłby uboższy. Równie dobrze można by kręcić „Titanica” bez wychodzenia poza obręb kajuty kapitana czy coś w tym stylu.

Avengers: Infinity War” to duży, satysfakcjonujący seans. Ma minusy i wciąż widać na nim odcisk Marvela, ale z drugiej strony pierwszy raz poczułem się zainspirowany tytułem od nich. Mówię o tworzeniu czegoś własnego, ale też o zapoznaniu się z komiksami – chociaż na razie waham się przed zakupem Marvel Unlimited, to w końcu 10 dolarów za miesiąc. Ktoś chce się dorzucić albo polecić mi jakiś zeszyt poza „Infinity War” z 1992 roku?

Poniższy problem trochę się poprawił. Tym razem słychać muzykę podczas seansu.

avengers breaking bad