Abbas Kiarostami

Abbas Kiarostami

18 lipca 2020 Blog 0
abbas kiarostami

Filmy Abbasa są jak gry z serii GTA. W obu przypadkach patrzymy na jadące samochody i słuchamy rozmów, które toczą się wewnątrz pojazdów.

Nie napiszę tutaj wiele o stylu Abbasa, ponieważ pisałem o tym w notatkach o poszczególnych jego produkcjach. Jego filmy są nim, dlatego inaczej trudno się o nich pisze. Powtórzę tylko, że jego obrazy stopniowo ewoluowały, wraz z tym, jak zmieniało się jego spojrzenie na kino i zaczął coraz bardziej darzyć uczuciem naturalność chociażby. Najważniejszym okresem dla niego były chyba lata 90., kiedy odrzucił po kolei dialogi, operatorkę, montaż, w końcu cały scenariusz. Nie ma co się pakować, wszystko będzie na miejscu. Łącznie z aktorami. Jest reżyserem, ale mniej niż człowiekiem filmowym jest po prostu artystą, który umieszcza jakieś rzeczy w obrębie swojej produkcji i nie troszczy się o ich układ czy współpracę między tymi elementami. Oceniając jego filmy, trzeba je tytuły rozbijać na mniejsze składowe, a jak coś wam nie będzie pasować, to możecie to pominąć, bo to pewnie był efekt improwizacji na planie.

Opowiadał o problemach zwykłych ludzi, wracał do okresu dzieciństwa, widać u niego fascynację codziennością. Przy tym jest artystą, który raczej chce coś powiedzieć, zamiast pragnienia wypowiedzenia jakiegoś konkretnego oświadczenia. To w końcu umożliwia język filmowy.

To powiedziawszy, pamiętajcie o jednym: filmowość jest istotna dla Abbasa w tym sensie, że odwołuje się do innych tytułów. W Zbliżeniu wspomina swój film Traveler z 1974 roku (który uważa za swój pierwszy prawdziwy pełny metraż) oraz Cyclist innego Irańskiego reżysera z 1987 roku. W A życie trwa dalej bohaterowie rozmawiają o filmie Gdzie jest dom mojego przyjaciela, a w Pod oliwkami odtwarzana jest scena z „A życie trwa dalej”. Chciałbym jeszcze wspomnieć, że w finale Zbliżenia jest scena, w której szwankuje dźwięk, dlatego dialog jest ledwo zrozumiały. W rzeczywistości reżyser celowo to spieprzył, ponieważ w tym dialogu jedna strona mówiła od serca, a druga z pamięci mówiła kwestie ze scenariusza. Nie kleiło się to zupełnie, więc słowa zastąpiono problemami technicznymi. I mam wrażenie, że to wpłynęło na to, jak Abbas zaczął później postrzegać filmotwórstwo, że to jest coś, co trzeba mieć z tyłu głowy, oglądając jego następne filmy, które realizował po 1990 roku.

A jak byłem taki cwany, że zostawiłem sobie Zbliżenie na koniec, bo to ponoć miało być jego najlepsze dzieło.

PS. Jak o tym myślę – Clerks, jeden z moich ulubionych filmów, jest bardzo w stylu Abbasa.

Abbas Kiarostami
3.54/5

Obecnie Abbas Kiarostami znajduje się w moim rankingu reżyserów na miejscu #173

Top

1. Smak wiśni
2. A życie trwa dalej
3. 10
4. Segment z „Biletów”
5. Hamsarayan
6. Gdzie jest dom mojego przyjaciela
7. Zbliżenie
8. The Bread and Alley 
9. Zapiski z Toskani
10.Uniesie nas wiatr
11.Pod oliwkami

Najlepiej zacząć od A życie trwa dalej.

Ważne daty

1940 – Abbas przychodzi na świat w Iranie.

1970 – debiut reżyserski Abbasa, biorąc tym samym udział w powstaniu Irańskiej Nowej Fali

1994 – Abbas nie miał w sumie wielu stałych współpracowników. Pomimo ponad 40 filmów mało kto pracował z nim przy chociaż trzech. Jednym z nich jest syn Abbasa, Bahman, który w tym roku nakręcił swój pierwszy film. Miał wtedy 15 lat. Później zrobił z tatą jeszcze dwie produkcje.

2016 – Śmierć Abbasa w wieku 76 lat.

O chłopcu, psie i unikalności doświadczeń, ale tak naprawdę możemy patrzeć i nic nie widzieć, bo przez sporą część tego shorta obserwujemy dziecko stojące bez ruchu. Boi się psa, którego nie widzimy, bo reżyser miał problem uchwycić psa w kadrze, dlatego możemy nawet nie wiedzieć, o co temu dziecku chodzi i dlaczego się tak patrzy. Po tej produkcji już wiele można się dowiedzieć o twórczości Abbasa – pod koniec pojawia się drugie dziecko i będzie mieć ten sam problem z psem, ale inaczej do tego podejdzie. Jest więc w tym „coś”, „cokolwiek”, ale ukryto to naprawdę solidnie za sporą ilością niczego, stania w miejscu i bardzo koślawą prezentacją oraz realizacją.

Nie polecam. Duże stężenie negatywnej energii.

Bohaterem jest dziecko, które zostawiło zeszyt z pracą domową u kuzyna i teraz musi go odzyskać, bo inaczej nauczyciel wyrzuci go ze szkoły. Zadanie to jednak jest naprawdę trudne, ponieważ wszyscy wokół naszego protagonisty chcą go ****** w **** jak politycy obywateli.

I z jednej strony mogę zrozumieć potrzebę pokazania, jak smutne może być życie nieletniej osoby, nawet jeśli nie para się prostytucją ani nie musi na etacie pracować od wczesnych lat. Tutaj nasz bohater jest po prostu otoczony przez ludzi, którzy go wykorzystują, stresują, nie słuchają, nie są pomocni – za to pierwsi do wymagania czegoś. Jeden staruszek na ulicy nawet ma własną teorię, że dzięki takiemu ******* młodych w **** będą oni później przydatni w społeczeństwie. Nie mogę jednak zaakceptować, że seans jest taki nieprzyjemny. Rodzi wyłącznie frustrację i inne nieprzyjemne uczucia, a przecież nikomu nie trzeba uświadamiać, że dorośli na całej planecie są ************. Wiemy to dzięki memom, za których pośrednictwem ludzie na całym globie opowiadają o swoim życiu. I robią to o wiele lepiej niż Kiarostami. Memy przynajmniej chce się przeglądać, są zabawne, niektóre nawet zaskakują celnymi obserwacjami. Kiarostami pokazuje jedynie serię frustrujących epizodów. Nie mogę tego komukolwiek polecić.

Z drugiej strony film ten oferuję naprawdę sensowną konstrukcję fabularną pod tą całą prostą realizacją. I zapewne połowa tych elementów to dzieło przypadku, ale jednak wszystkie wydarzenia wokół bohatera komplikujące jego prostą misję, to mały majstersztyk. Każdy jest przeświadczony, że jego stanowisko jest najważniejsze. Dla nauczycieli jest to edukacja, dla rodziców i przypadkowych osób na ulicy ich zadania zlecane dzieciom. A dzieci nie wiedzą już, co jest tak naprawdę ważne. Wielokrotnie problemem jest to, że dorośli muszą robić banalne rzeczy, bo nie mają do tego maszyn – matka bohatera zajęta jest praniem i dlatego nie może się skupić na tym, co syn mówi (a przynajmniej można mieć nadzieję, że jakby ci ludzie mieli pralki, to byliby milsi dla siebie nawzajem). Widać, ile chciano powiedzieć przy pomocy tej prostej fabuły. Chwalę też wspomnianą małą skalę problemu – dzieci nie muszą cierpieć, żeby mieć gówniane życie. Czy Kiarostami opowiada o tym tak, żeby coś zmienić? Wątpię. Starsi raczej pozostaną przy swoim „Ja w twoim wieku chodziłem w szpilkach po starszej siostrze 400 kilometrów do szkoły i się cieszyłem, jak na urodziny dostałem papier toaletowy”.

Seans więc niczego nie zmieni, ale były uczciwe chęci i pomysły. Pamiętajcie tylko żeby po obejrzeniu nie zacząć masowego mordowania ludzi. Na świecie jest mimo wszystko dobro.

Hossain Sabzian był kinofilem, który udawał, że jest pewnym Irańskim reżyserem i wkręcał ludzi, żeby u niego grali. Poszedł za to do więzienia, temat zainteresował się Abbas. Nakłonił wszystkich zainteresowanych, aby odtworzyli proces – wszyscy wcielali się w samych siebie. Tym samym Hossain miał okazję opowiedzieć o tym, co film dla niego znaczy i dlaczego zrobił to, co zrobił. A tym samym sam Abbas może opowiedzieć o tym, co film dla niego znaczy, spełniając jego marzenia i tworząc idealną w jego stylu mieszankę fikcji i prawdy. Prawda udaje fikcję, fikcja udaje prawdę – równocześnie.

Problem w tym, że to się ogląda raczej jak performence, a nie film. Jest ta delikatna umowność, którą trzeba kupić – i trudniej jest to zrobić w formie filmowej. Przekaz nie jest zbyt czytelny i w sumie trudno nawet wyłuskać przy pierwszym seansie jakąś myśl przewodnią, a język obrazu i dialogi są po prostu mdłe. Zbliżenie” nie jest łatwe w oglądaniu. Nie mogę powiedzieć też, że ten seans jakoś rozwinął mnie i moje spojrzenie na urok kina. Może też dlatego, że Abbas i ja gdzie indziej widzimy największą siłę języka filmowego? W sumie myślałem, że Abbas w ogóle nie lubi filmu, lubi sztukę i w obrazie widzi największą dostępność – tutaj jednak okazuje się, że kocha obraz, bo ten nadaje fikcji realizmowi i realizmu fikcji. Zaciera granicę i sprawia, że w oku kamery wszystko staje się sztuką. Powiem tylko, że moja miłość do kina nie mogłaby być bardziej odległa od takich argumentów.

Najlepsze, co mogę napisać, to że rozumiem mniej więcej, dlaczego reżyser tak się czuł podczas realizacji. Tak samo, jak mogę zrozumieć umiejscowienie tej produkcji na różnych listach najlepszych filmów w historii. Bo jest hołdem dla różnych kinowych rzeczy, jest wyjątkowy… I przy tym wszystkim nic dla mnie nie znaczy.

PS. Hossain Sabzian miał zrealizować z Abbasem kolejny film, ale w drodze na spotkanie w jego sprawie dostał ataku astmy, cztery miesiące spędził w śpiączce, by w końcu umrzeć w wieku 52 lat. Życie.

Film z przypadku trochę. Dziecko z ojcem jadą autem do jakiegoś miasta, po drodze widzą obszar po trzęsieniu ziemi, obserwują to, rozmawiają z ludźmi… Nie ma tutaj za bardzo fabuły, ale jest obraz Iranu jako krainy. Pustynnej, pustej, groźnej. I ta myśl przewodnia, wynikająca z przyglądania się ludziom, którzy nagle stracili wszystko, w tym dużą część rodziny – życie toczy się dalej. Tak, 80 moich kuzynów nie żyje, ale ja biorę ślub. Tak, wszystko zniszczone i niczego nie ma, ale pierwsze, co stawiamy, to warunki do oglądania meczu – mistrzostwa świata są w końcu tylko raz na cztery lata. I z tym reżyser zostawia widza, żeby sobie posiedział i pomyślał. Płaskie to i raczej nikt faktycznie nad tym nie będzie myślał, ale to spokojny i przyjemny film.

„Nie mogłem spać, cały czas pytał, gdzie są jego białe skarpetki, musiałem spać na zewnątrz”

Ten film to niezamierzona komedia i przy okazji produkcja o tym, dlaczego w Iranie wszystkie filmy wyglądają tak amatorsko – bo z tymi amatorami nic nie dasz rady zrobić i się ciesz, jak aktor wejdzie po schodach i nie zapomni powiedzieć jednego słowa, wtedy można zacząć kręcić następne ujęcie. Kiarostami wszystkie spojrzenia i pytania odwraca od siebie i kieruje je w ekipę – tutaj reżyser nie tylko nie jest niczemu winny, ale nawet jest wyrozumiały, spokojny, inspirujący… Jak mówiłem, komedia!

W rzeczywistości oglądamy wspomnianą postać reżysera, który decyduje się nakręcić film o dwójce zakochanych ludzi, którzy poza planem również są złączeni uczuciem. Problem w tym, że jednostronnym: on chce, ona nie chce. Gdy kamera kręci, rozmawiają ze sobą. Gdy kamera będzie wyłączona, on ze wszystkich sił będzie próbować zwrócić jej uwagę, ale ona będzie go ignorować. „Słyszysz mnie? Przewrócić kartkę w książce, którą czytasz, żeby mi pokazać, że mnie słyszysz”. Jak mówiłem, komedia!

I to się toczy bez żadnego pomysłu. Na samym końcu przez 15 minut on idzie za nią i gada, a ja umierałem ze śmiechu. Widzicie, wszystko zaczęło się tak, że ona raz na niego spojrzała, a potem cisza. To było dawno temu, ale on dzięki temu się w niej zakochał, ale jej rodzice odmawiają udzielenia zgody, ale nasz bohater nie daje tak łatwo za wygraną. Chodzi i gada. I mówi wszystko: wyznaje miłość, potem się obraża, każe jej spierdalać, potem przeprasza, potem jęczy, potem zapewnia, że życia z nim będzie wspaniałe… Beczka śmiechu!

Ponoć to piękny film o nieodwzajemnionej miłości i obraz kraju, który odmawia ruszenia do przodu, woli trzymać się przestarzałych metod, ale to jak analiza i interpretacja utworów na lekcji języka polskiego – dopisywanie znaczenia do najmniejszego skrawka czegokolwiek, nawet jeśli nie znajduje to poparcia lub rozbudowania gdziekolwiek indziej w utworze. A co do „miłości” – on na nią spojrzał i już. I teraz biadoli, jęczy, przeskakując z bycia żałosnym w bycie szowinistycznym. Zresztą to Iran, relacje męsko-damskie to tam komedia tak czy inaczej, ale i tutaj trzeba utrwalić przekonanie: kobieta nic nie robi, mężczyzna robi wszystko. I nadal może zrobić za mało. Piękne kino, naprawdę.

Chłop jeździ po Iranie i kogoś szuka. Rozmawia, zabiera na przejażdżkę i mówi, że ma pracę. Albo zadanie. Że dużo można zarobić. I radzi nie pytać, o co chodzi. Dla jednych widzów będzie to budowanie napięcia, dla innych kontemplacja życiowych spraw, a dla mnie to jest po prostu nudne. I mogę sobie lubić ten film, ale muszę przyznać, że ten seans zmęczył mnie jak cholera.

Widzicie, Abbas nie jest reżyserem czy scenarzystą (znaczy, film w ogóle nie miał scenariusza). Jest artystą, a jego ekipa to ludzie, ogólnie mówiąc, wspierający sztukę. Nie potrafiono spojrzeć na ten tytuł od strony widza (osoby zaczynającej to oglądać i dopiero wtedy poznającej całość, stopniowo), dlatego scenariusz czy konstrukcja całości wygląda, jak wygląda. Dopiero za drugim razem seansem rozumiemy, jak ten tytuł powinno się odbierać – bo mamy w głowie to samo, co miał reżyser. I nawet mimo to większość tego filmu powstaje głównie w naszych głowach, a nie na ekranie. Reżyser tylko rzuca słowami w widza, a potem dowali jeden duży monolog.

Dobra, zdradzę to od razu – bohater chce się zabić i szuka kogoś, kto go pochowa. On sam siebie zabije. Z filmu dowiadujemy się tego dopiero po 30 minutach. Z tą wiedzą całość dopiero nabiera sensu. Twórcy w mądry sposób nie powiedzieli, co jest powodem takiej decyzji u bohatera – nie, oni skupiają się na tym, że chce popełnić samobójstwo. I ten problem jest głównym tematem, a tytułowy smak wiśni jest czymś, co zostanie utracone w momencie popełnienia samobójstwa.

Sami musimy sobie wiele dopowiedzieć. W tej pustce i monotonii, jaką prezentuje film, musimy znaleźć świadomość przeżywania ostatniego dnia swojego życia. Sami musimy zastanowić się nad samobójstwem – bo reżysera stać tylko na gadanie o smaku wiśni, ale jednak daje sporo przestrzeni na te przemyślenia. Są tu pomniejsze pomysły, jak scena, w której wszyscy wokół podchodzą, aby pomóc rozpędzić samochód. Mały moment w wizualny sposób mówiący, że „jest nadzieja”. Nie ma jednak wiele takich w „Smaku wiśni”, który głównie posługuje się dialogiem (a raczej słowotokiem, do dialogu filmowego Kiarostami nawet nie startuje).

I w sumie nie wiem, dlaczego aż tak cenię sobie ten tytuł (zgadzam się z tym, co Roger Ebert napisał o tym filmie – umieścił go nawet na liście najgorszych, jakie w życiu widział), ale jednak szczerze go szanuję.

Definicja filmu, w którym nic się nie dzieje, ale coś się dzieje. Jadą gdzieś, siedzą tam. Bohater goli twarz, próbuje zrobić zdjęcie (ale mu mówią, żeby nie robił), gdy dzwoni telefon, to jedzie na wzgórze, żeby złapać sygnał – ale nie udaje się dogadać, więc gada z typem, który kopie tam dół, a następnie próbuje jeszcze zdobyć mleko do herbaty… I tak z trzy razy to wszystko się powtórzy. Na koniec m.in. bohater robi to zdjęcie. Postęp.

Paul Thomas Anderson powiedział, że to film o problemie, jakim jest opisanie rzeczywistości filmem bez równoczesnego ingerowania w nią, tworzenia jej. Można też dopatrzyć się kilku innych rzeczy, jak opowiadanie o zawieraniu przyjaźni czy relacjach ludzi zamieszkujących różne rejony.

To film, który może się podobać. Czy to za sprawą lekarza, który odmawia specjalizacji, ponieważ woli leczyć całe ciało (głupie, ale uroczo naiwne), albo za sprawą architektury okolicy, gdzie wszystko jest jakoś połączone i chodzisz po dachach, żeby gdzieś się dostać, albo wejść na wzgórze. Tanie to wszystko, ale to ich dom. Dbają o to.

Jest więc szansa na przyjemny seans, ale czy kogoś ta historia poruszy? Szczerze wątpię.