1917 (2019)

1917 (2019)

25 stycznia 2020 Opinie o filmach 0
1917 poster
Sam Mendes

Raczej nie przetrwa próby czasu, ale póki co – jest w kinach. I z całą pewnością warto go zobaczyć.

5/5

WYRÓŻNIENIE: Najlepszy film roku (Miejsce #8)
http://garretreza.pl/podsumowanie-2010/

Fabuła tego filmu jest dosyć prosta: w trakcie Wielkiej Wojny trzeba dostarczyć rozkaz ze wstrzymaniem ataku, aby uniknąć poważnych strat w ludziach. Na misję wysłanych zostaje dwójka ludzi – jeden z nich ma brata biorącego udział we wspomnianym ataku, jest więc szansa go uratować. Drugi jest po prostu towarzyszem broni, przyjacielem. Oboje nie tracą czasu i natychmiast udają się w podróż przez ziemie niczyje i miasta zniszczone wojną, starając się przetrwać i dostarczyć rozkaz.

Bardzo podobało mi się pierwsze pół godziny, kiedy jeszcze niewiele się działo. Twórcy kierowali się tutaj logiką gier komputerowych z otwartym światem, czyli dostarczali odbiorcy co 40 sekund coś nowego – bohaterowie niemal biegiem przeszli do realizacji zadania, przeciskali się przez tłumy swoich żołnierzy i bez zbędnego tłumaczenia wyszli z okopów, aby w napięciu przenikać od jednej zasłony do drugiej. Tutaj widzimy zniszczony czołg, tutaj bohaterowie wpadają do krateru i ląduj z ręką w ciele poległego żołnierza, walczącego z jednej albo drugiej strony – jakie to teraz ma znaczenie? Każdy z dwójki bohaterów ma wyraźny rys: jeden z pasją biegnie ile sił, chce uratować brata i nie zawaha się przed niczym. Drugi z początku jest oporny, chce czekać do zmroku, żeby zwiększyć szanse powodzenia – z czasem jest nawet zły, że to na niego wypadło, aby dostarczyć meldunek. Wtedy 1917 było tytułem świeżym i zaskakującym, które nie do końca mówiło o sobie wszystko. To było doświadczenie, to było kino drogi, to było kino osobiste.

Jak na ironię pierwszy zwrot akcji spowodował spadek mojego zainteresowania. Nie był on zły, to solidna scena akcji z niespodziewanym zagrożeniem, nagle bohaterowie musieli się ratować – wydaje się pasować, ale z drugiej strony widzieliśmy to wiele razy. Tej sekwencji brakowało napięcia, pomysłu i świeżości. Już nie trzeba się rozglądać razem z bohaterami, już mniej więcej wiadomo, czego się spodziewać – 1917 skręca wtedy w rejony kina akcji i horroru, czyli czegoś na kształt thrillera. Pięknego i niezwykle zrealizowanego, ale z pewnymi problemami.

Swoją drogą – spece od reklamy zepsuli niemal cały film: z głównego momentu dramaturgicznego zrobili podstawę kampanii marketingowej. Tak, ten bieg z żołnierzami wybiegającymi z okopów – to wielki finał filmu. Oglądamy go na dużym ekranie już bez ekscytacji. Nie sposób było tego uniknąć, to pokazywali jak materiał zza kulis i ekscytowali się tym na reddicie czy 9gagu, nie trzeba było nawet zwiastunów oglądać.

Reżyser czy operator – oni mniej więcej wiedzieli, o co chodzi w tym widowisku, ale nie historii. A to jest zaskakujące, ponieważ Sam Mendes inspirował się opowieścią swojego dziadka, jemu dedykuje całą produkcję. To osobista produkcja, dlatego kamera cały czas towarzyszy głównemu bohaterowi, pokazuje z jego perspektywy wszystkie wydarzenia. Zamiast osobistego odczucia uzyskano raczej jedność – że wszystkie momenty są częścią jednego wydarzenia, jednego szaleńczego biegu – i nawet ono jest podzielone na trzy wyraźne części. To nie jest kino opowiedziane w czasie rzeczywistym. 1917 zachwyca na wiele sposobów, oferuje niezwykłe momenty, które trzeba koniecznie zobaczyć – tylko niewiele w tym osobistego uczucia.

Problemem jest scenariusz, który nie tylko stawia narrację ponad historię (perspektywa pierwszej osoby jest ważniejsza od tego, aby historia tego człowieka była ciekawa w opowiadaniu), ale też faworyzuje „plot” ponad „story”. Chodzi o to, że scenarzysta stara się dociągnąć tylko „plot” – czyli wątek o dostarczeniu wiadomości – zamiast równocześnie zatroszczyć się o „story” – o to, co stoi za wspomnianym wątkiem. Dosyć szybko miałem wrażenie, że twórcy chcą jedynie dokończyć wątek główny, że zapomnieli o reszcie, a kiedy ten się kończy, to dopiero wtedy sobie przypomnieli, o co naprawdę w tym wszystkim chodziło. I można argumentować, że o to właśnie chodziło – o horror wojny, przez który zapominamy, o co walczymy, że tam na polu walki liczy się tylko to, aby przetrwać (czy coś w tym stylu), ale jednak oglądamy tę opowieść od pewnego momentu z rozbiegu. Od sceny do sceny, aż do końca. I cieszymy się, że poszczególne sekwencje zachwycają w ten lub inny sposób pod względem wizualnym (czy też muzycznym – kiedy zaczyna rozbrzmiewać The Night Window, wtedy ma miejsce mój ulubiony moment!), ale chyba nie o to powinno chodzić. Za dużo w tym przypadku. W końcu opowiadać można inaczej. Żeby zaznaczyć i usłyszeć ciszę wcale nie trzeba zaprzestać wydawać dźwięki, jakby to miało wszystko załatwić.

Raczej nie przetrwa próby czasu, ale póki co – jest w kinach. I z całą pewnością warto go zobaczyć.